Szkocja – z plecakiem przez West Highland Way oraz Edynburg

Ostatnio znowu miałem mniej czasu na pisanie, jednak poza pracą przyczyniły się ku temu na szczęście dwa wyjazdy. Ten post jest o jednym z nich – 120 km piechotą przez szkockie Highlandy, ze wszystkim co potrzebne w plecaku, w doborowym towarzystwie.

West Highland Way pojawiło się na mojej mapie miejsc do odwiedzenia 3 lata temu, po mojej pierwszej, kilkudniowej wizycie w Szkocji. Pomimo kapryśnej pogody jest to na prawdę przepiękny kraj, o ciekawej historii i dumnej kulturze. Co jednak było dla mnie najważniejsze – Szkocja dysponuje wieloma pięknymi szlakami wielodniowymi, a przy tym dozwolony jest wild camping – rozbijanie namiotu i palenie ogniska praktycznie wszędzie (z drobnymi wyjątkami). Postanowiłem więc, że któregoś dnia przemierzę Szkocję jednym z tych szlaków.

Po powrocie z Nowej Zelandii szukaliśmy z Sebastianem jakiegoś pomysłu – gdzie by tu pojechać stosunkowo tanio. Padł pomysł zorganizowania względnie taniego, męskiego wypadu – West Highland Way i ponad 100 kilometrowy spacer z namiotem w plecaku był idealnym pomysłem.

O szlaku

P1020831

West Highland Way to łącznie nieco ponad 150 kilometrowy szlak, rozciągający się w miejscowości Milngavie pod Glasgow i kończący się w Fort William – u podnóża najwyżej góry Wielkiej Brytanii – Ben Nevis. Szlak nie jest szczególnie trudny pod względem technicznym, jednak jak każdy szlak wielodniowy potrafi momentami stanowić wyzwanie – zwłaszcza jeśli nie korzysta się z usług transferu bagażu i wszystko niesie się na plecach. Pomaga fakt, że prawie na każdym odcinku mijamy jakiś skrawek cywilizacji – małe wioski lub schroniska – w których można uzupełnić podstawowe zapasy. Do tego na każdym odcinku można znaleźć pola namiotowe, często z całkiem dobrą infrastrukturą (prysznice z ciepłą wodą, puby serwujące smaczne posiłki, suszarnie na sprzęt i ubrania itp.)

Przygotowania

cof

Wyprawa z założenia miała być tania (w końcu niesiemy wszystko co potrzebne na plecach), jednak przygotowania do niej nieco nas kosztowały. Dobre przygotowanie się do trasy jest tym bardziej istotne, że szkocka pogoda potrafi rozpieszczać deszczem, słońcem czy nawet gradem – często wielokrtonie w ciągu tego samego dnia. My na termin wyprawy wybraliśmy wrzesień – miesiąc względnie mokry, ale za to z mniejszą liczbą ludzi na szlaku i znikomo występującymi midges (małe i strasznie irytujące mucho-komary). Każdy miesiąc ma pewne wady i zalety – nie ma jednego idealnego terminu. Pod względem sprzętu, niezależnie od miesiąca, należy zabrać mniej więcej ten sam ekwipunek – z akcentem na bardzo dobry i sprawdzony sprzęt przeciwdeszczowy 😉

Skrócona lista naszego sprzętu na West Highland Way to:

  • Namiot – NorthFace Tadpole 23 – lekki, wytrzymały, odporny na mocny wiatr
  • Śpiwór 3 sezonowy
  • Kijki (niepozorna konieczność!)
  • Kurtka przeciwdeszczowa
  • Kurtka puchowa
  • Softshell
  • Warstwa bazowa – termoaktywna (z merino lub syntetyczna)
  • Kilka syntetycznych t-shirtów
  • Skarpetki trekkingowe – z wełny merino lub smartwool
  • Kuchenka polowa na alkohol – Caldera Cone
  • Zapas suchej żywności do zalania wrzątkiem
  • Spodnie trekkingowe
  • Przecideszczowe spodnie wierzchnie
  • Sprawdzone i rozchodzone buty hikingowe
  • Plecak 65 litrów

Do tego oczywiście cała lista drobnego sprzętu, ale o przygotowaniach do wielodniowego hikingu można by śmiało napisać osobnego posta, więc nie będę się tutaj rozdrabniał. Jeśli ktoś jest zainteresowany – piszcie w komentarzach, a chętnie doradzimy (lub po prostu rozpiszę się nieco bardziej na ten temat w odrębnym poście). Łącznie jeden plecak ważył średnio 15-16 kg (razem z 2,5 litra wody).

West Highland Way - Kuchnia
Dobre przygotowanie i sprzęt to podstawa. Jako kuchenkę wybraliśmy zestaw Caldera Cone zasilany alkoholem. Sprawdził się świetnie – nadawał się również do użycia w niewielkim przedsionku naszego namiotu (oczywiście z zachowaniem ostrożności).

Planując wypad i szukając lotów, które pasowałyby do naszych planów musieliśmy pójść na pewne kompromisy. Koniecznie po całej trasie chcieliśmy jeszcze odwiedzić Edynburg (gdzie miała dołączyć do nas Piękna – co się jednak nie udało). Mając na uwadze małą ilość dni urlopowych (Nowa Zelandia pochłonęła znakomitą większość) oraz dodatkowe plany, musielismy nieco skrócić planowaną trasę. Przeczytaliśmy, że pierwszy odcinek (wiodący od Milngavie) nie jest szczególnie wyjątkowy pod względem krajobrazów, dlatego postanowiliśmy, że naszą wyprawę zaczniemy gdzieś w okolicach Drymen. Gdzie? To się dopiero miało okazać…

Be Fearless 😉

Z Sebastianem umówiliśmy się w piątek w Glasgow. On miał przylecieć samolotem, a ja postanowiłem skorzystać z bardzo okazyjnych biletów autobusowych National Express relacji Londyn – Glasgow, w cenie jedynie 8 GBP. Okazja prawda? Autobus wyjeżdżał z Londynu o 23:00 i jechał 8 godzin. Teoretycznie miałem się wyspać w autobusie i rano czekać w Glasgow, gotowy do marszu. Autokar był bardzo komfortowy (nie mogę narzekać), jednak na pewno nie była to relaksująca podróż (zdecydowanie bardziej wolę podróżować i spać w samolocie – nawet w czasie turbulencji). Do tego siły natury zdecydowały, że najwidoczniej byliśmy zbyt dobrze przygotowani i aby podnieść nieco wyzwanie – złapałem przeziębienie od autobusowej klimatyzacji (bo w końcu to czego potrzebuje autobus, poruszający się jesiennej nocy przez Wielką Brytanię to klimatyzacja!).

Glasgow – Drymen

West Highland Way - początek
Początki nie zapowiadały się obiecująco – ale na szczęście rozgrzewające specjały serwowane przez Marcina postawiły mnie na nogi 😉

Po dojechaniu na miejsce, z lekkimi drgawkami miałem czekać jeszcze kilka godzin na przylot Sebastiana. Na szczęście byłem przygotowany i umówiłem się w restauracji ze starym przyjacielem – Marcinem. Okazało się, że restauracja, w której pracuje, należy do jednych z bardziej eleganckich w centrum Glasgow, więc przeziębiony backpacker, z plecakiem i w ubraniach przeciwdeszczowych stanowił piękne uzupełnienie wystroju – coś jak czapka z daszkiem do garnituru. Niezrażony jednak niczym, spędziłem poranek na nadrabianiu zaległości z Marcinem, popijając na przemian herbatę i ferwexy.

Kiedy w końcu Sebastian przyleciał na miejsce, zatrzymaliśmy się jeszcze na ciepły obiad (w końcu przed wymarszem należy się najeść 😉 ) oraz w pobliskim sklepie na szybkie zakupy aby uzupełnić płyny o właściwościach rozgrzewających (w końcu chorowałem!) i następnie ruszyliśmy w drogę w kierunku Drymen. Jak wie pewnie każdy podróżnik, który z plecakiem przewędrował niejeden kilometr – najlepszym sposobem na hiking jest…. wezwanie Ubera 😉 Tak więc wraz z kierowcą, który współdzielił nasz entuzjazm, kiedy mijaliśmy ludzi z plecakami, dojechaliśmy pod pole namiotowe kilka kilometrów przed Drymen. Ufff – pierwszy odcinek pokonany! Poprosiliśmy jedynie aby nie podjeżdżał zbyt blisko pola namiotowego, aby nikt nie poznał naszego sekretnego sposobu na pokonanie 20 kilometrów w kilkadziesiąt minut.

Triumfalnym krokiem weszliśmy na teren pola namiotowego jako jedni z pierwszych. Trzeba tutaj dodać, że pole namiotowe było po prostu względnie suchym skrawkiem zieleni, z szopą w której można było się schować w trakcie deszczu. Należności regulowało się wrzucając uczciwie pieniądze do wystawionej w szopce skarbonki. Rozbijając namiot humor dopisywał nam równie bardzo co pogoda (był to chyba jedyny całkowicie bezdeszczowy dzień). Odprawiając nasz „taniec łabędzia” przy rozciąganiu tropiku powtarzaliśmy sobie motto tego dnia – „nie masz nikomu nic do udowodnienia” 😉

Drymen – Conic Hill – Balmaha – Rowandenan

P1020813 (2)

Kolejny odcinek nie był już taki prosty. Czekało nas ok 26 kilometrów marszu. Wstaliśmy w miarę wcześnie ( 😉 ), spakowaliśmy namiot i ruszyliśmy w drogę. Po przejściu kilku kilometrów doszliśmy do Conic Hill. Po drodze nawiązaliśmy pierwsze znajomości z ludźmi, których potem mijaliśmy na całej długości trasy (jeden z fajnych aspektów pieszych wędrówek). Wejście pod samo wzgórze nie było specjalnie trudne. Już w drodze na szczyt odsłaniały się wokół nas piękne widoki i otwarta przestrzeń Highlandów.

West Highland Way
Uroki Szkocji – stado szkockich krówek na środku ścieżki wydawało zupełnie nie przejmować się spacerowiczami. Chcesz przejść? Musisz pobrodzić po kostki w mokrym mchu, ale krówka się nie ruszy 😉

W pewnym momencie drogę zastawiły nam… krowy szkockie. Przeurocze stworzenia, stały sobie na samym środku ścieżki, niewzruszone niczym – od zmian pogodowych, po ludzi przechodzących wokół nich, robiąc zdjęcia 20 cm od ich mordek. Po zrobieniu kilku zdjęć dla Pięknej, ruszyliśmy zaatakować szczyt. O ile chodzenie dziesiątki kilometrów nie stanowi dla mnie problemu, o tyle wzniesienia to zupełnie inna bajka. Na szczęście uderzeniowe dawki leków przeciw przeziębieniu zrobiły swoje i już wkrótce mieliśmy przyjemność podziwiać wspaniałe widoki z Conic Hill na Loch Lomond i otaczającą nas okolice.

West Highland Way
Ścieżka na Conic Hill
West Highland Way - Conic HIll
Widok z Conic Hill. Pogoda wygląda na nieco pochmurną, jednak szkocka pogoda zmienia się nieustannie (co dostarcza co rusz nowych widoków).

Kiedy w planie dnia jedynym punktem jest pokonanie dziesiątek kilometrów, nie ma zbyt dużo czasu na leniuchowanie. Tak więc po krótkim postoju na napawanie się widokami, ruszyliśmy w dół, w kierunku Balmaha. Kolejny szybki postój na pizzę (jedna z najlepszych jakie jadłem w UK) i kufelek piwa lub cydru i ruszyliśmy w dalszą trasę – tym razem już wzdłuż Loch Lomond – największego Lochu (czyli jeziora) w Szkocji.

West Highland Way
Najprzyjemniejsza część spaceru to chwila odpoczynku 😉 byle z widokiem

Wydawałoby się, że spacer wzdłuż brzegu jeziora powinien być relaksującym przeżyciem – nic bardziej mylnego. Trasa wiodła przez strome pagórki – to w górę, to w dół. Niosąc na plecach 15 kilogramów, organizm zapomniał o dopiero co zjedzonej pizzy po kilku minutach. A tu przed nami kolejne podejścia. Kiedy na jednym z postojów spojrzeliśmy na mapę i zorientowaliśmy się, że pokonaliśmy dopiero połowę trasy od Balmaha do Rowardenan zrobiło mi się słabo – w przenośni i dosłownie – kilka kilometrów dalej opadłem z sił. Na szczęście Sebastian poratował mnie batonikami energetycznymi i żelami węglowodanowymi, które w mig postawiły mnie na nogi (be fearless!!!). Kiedy już wydawało się, że trafiliśmy do czyśćca, w którym pokonujemy ścieżkę bez końca, naszym oczom ukazały się białe ściany Pubu, który wita przybywających do Rowandenan. Niczym wielbłąd na widok wodopoju ruszyłem w kierunku idyllicznego ogródka ze spektakularnym krajobrazem, który przypomniał nam (krajobraz – choć ogródek piwny również) dlaczego to wszystko robimy.

West Highland Way
Ogródek piwny z najlepszym widokiem jaki widziałem do tej pory (zdjęcie oryginalne – bez retuszu). Do tego water taxi które odwiezie cię do domu w razie potrzeby 😉

Po krótkim postoju postanowiliśmy iść poszukać pola namiotowego w Rowandenan (w tym miejscu w wysokim sezonie obowiązuje zakaz dzikiego namiotowania). Jak się szybko okazało – Rowandenan to nie miejscowość jak nam się wcześniej wydawało (nie znajdziecie tu żadnego sklepu) a jedynie wspomniany pub, jeden hostel z polem namiotowym i… to tyle. No i oczywiście piękne widoki, ale o tym wspominać chyba nie muszę.

West Highland Way
Lokacja, lokacja, lokacja – w naszym wypadku pokój z widokiem na Loch Lomond w pierwszym rzędzie.

Nasze tempo marszu okazało się być całkiem przyzwoite, bo na poletku które nam wskazano praktycznie nie było jeszcze nikogo. Pole było świetnie zlokalizowane – z dala od wspomnianego hostelu, w ciszy małego lasku, nad samym brzegiem Loch Lomond. Mogliśmy więc skorzystać z okazji i wybrać najlepszą z możliwych lokacji na nasz nocleg. Następnie skorzystaliśmy z faktu, że hostel dysponował prysznicami z ciepłą wodą i stołówką, więc mogliśmy w ludzki sposób zjeść coś ciepłego bez zużywania naszych zapasów strategicznych (przeznaczonych na czarną godzinę – czytaj Kings House).

W recepcji hostelu można kupić drobne rzeczy potrzebne w czasie wędrówki – w tym lokalne piwko. Po raz pierwszy jednak byłem tak zmęczony, że po wypiciu kilku łyków nie miałem już siły dźwigać butelki. To był znak, że należy zażyć trochę odpoczynku w naszym M1 i przygotować się na kolejny dzień. Szkocja powiedziała nam dobranoc w postaci deszczu, lekko kapiącego przez korony drzew na tropik naszego namiotu.

Rowandenan – Inverarnan

West Highland Way
Elementem codziennej pracy, była analiza prognoz pogody i planowanie kolejnego odcinka. A jak wiadomo – pracować należy w odpowiedniej pozycji. Może nie widać na zdjęciu, ale lało wtedy dosyć solidnie – co wymagało nieco dłuższej sesji planowania w przytulnym i ciepłym pokoju wspólnym schroniska 😉

Przyznam, że po pogodnym, pierwszym dniu miałem trochę nadziei, że cała wyprawa będzie równie pogodna. Jednak już drugiego dnia, Szkocja powitała nas z samego rana intensywną ulewą. Zbieranie się z samego rana nie szło nam najlepiej 😉 Po szybkim śniadaniu czekaliśmy chwilę na okno pogodowe. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, spakowaliśmy nasz namiot (jako jedni z ostatnich) i ruszyliśmy pokonać kolejny ok. 23 kilometrowy odcinek. Uchodzi on za najtrudniejszy w całej trasie – ścieżka wiedzie to w górę, to w dół, momentami po głazach, śliskich od deszczu, na których drobny błąd mógłby śmiało skończyć się ślizgawką w kierunku jeziora. Przeciskając się między niektórymi głazami martwiłem się, czy nasze plecaki zmieszczą się w wąskich szczelinach. Jednak w przeważającej części prowadziła przez przyjemny lasek z prześwitującymi co chwilę widokami na Loch Lomond. Po drodze czasem można spotkać honesty box – drobne rzeczy do kupienia na zasadzie uczciwego wrzucania należności do skarbonki. Bardzo podoba mi się ta bezpośrednia forma handlu i uczciwe podejście do niej. Zaopatrzyłem się w jabłka na drogę i coś do picia (innego niż kranówka w bukłaku).
Trasa mijała nam przyjemnie, w otoczeniu przepięknych widoków i zmiennej pogody, a czas spędzaliśmy głównie na wspominaniu dzień po dniu naszej nie tak dawnej wyprawy do Nowej Zelandii 🙂

West Highland Way
Pogoda w Szkocji zmienia się średnio co kilkadziesiąt minut – od deszczowej po słoneczną

Po krótkiej przerwie w hotelu w Inversnaid ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie czułem się tego dnia najlepiej. Poza przeziębieniem, wydaje mi się, że miałem zbyt ciasno (i zbyt wysoko) spięty pas biodrowy który uciskał mi żołądek. W efekcie tego dopiero po przemaszerowaniu ok 20 km przypomniałem sobie, że od śniadania nie jadłem praktycznie nic.

West Highland Way
Koniec jeziora Loch Lomond oznaczał koniec kolejnego odcinka. Jednak jest to również całkiem dobre miejsce na dziki nocleg z przepięknym widokiem – zwłaszcza jeśli marsz daje się już we znaki.

Przechodząc obok miejsca gdzie kończy się Loch Lomond, zauważyliśmy przepiękne miejsce na dziki camping. Stanęliśmy przed dylematem – skorzystać z tej pięknej okolicy i następnego dnia musieć nadrabiać ok 4 kilometry, czy przejść je teraz i rozbić obóz na polu namiotowym. Wybraliśmy drugą opcję, której teraz trochę żałujemy – z kilku powodów. Po pierwsze – biwakowanie w takich miejscach to esencja tego typu wędrówki, po drugie – wtedy byłem jeszcze w stanie iść o własnych siłach.
Kilkadziesiąt minut później – w trakcie wspinania się pod kolejne wzniesienia – odezwały się problemy z żołądkiem (które od tego momentu doskwierały mi przez kolejnych kilka tygodni). W pewnym momencie, kiedy usiadłem, byłem już tak wyczerpany z sił, że nie umiałem utrzymać kamerki typu GoPro w palcach i nie potrafiłem wstać z ziemi. Przyznam, że byłem nieco przerażony, bo nigdy nie miałem podobnego przypadku.
Sebastian dokonał szybkiego rekonesansu okolicy (byliśmy na szczycie ostatniego wzniesienia). Tutaj sprawdziło się powiedzenie, że dobrych przyjaciół poznaje się w biedzie. Sebastian postanowił zabrać mój plecak i nieść łącznie nieco ponad 30 kg przez kolejnych kilka kilometrów, abyśmy mogli dojść do w miarę cywilizowanych warunków. Pod wpływem adrenaliny ruszyłem za Sebastianem i dosyć szybkim marszem dotarliśmy w końcu na pole namiotowe. W tym momencie cokolwiek mnie znieczulało – przestało działać. W kilkanaście minut mój organizm przeszedł w stan uśpienia – utrata temperatury, czucia, orientacji itp. Dopiero po zjedzeniu czegoś ciepłego zacząłem powoli wracać do siebie, jednak dalej czułem się strasznie. Przeziębienie również do mnie wróciło – i ze zdwojoną mocą zaatakowało i tak już osłabiony organizm. Nie polecam – dlatego dbajcie o dobre odżywianie na trasie 😉

Inverarnan – Tyndrum

Ten dzień niestety został spisany na straty ze względu na mój stan zdrowia – każdy krok powodował ból brzucha i dobijało mnie mocne przeziębienie (dreszcze, osłabienie). Ustaliliśmy, że mamy dwie opcje: zmusić się i iść ryzykując, że pochoruję się jeszcze bardziej i będziemy musieli przerwać wyprawę, lub podjechać autobusem do najbliższej miejscowości, skorzystać z wygodnego noclegu, zregenerować siły i następnie kontynuować marsz dalej. Wybraliśmy opcję numer dwa. Nawet przejście kilkuset kroków od pola namiotowego do przystanku stanowiło tego dnia niemały problem, więc wydaje się, że była to dobra decyzja.

sdr

West Highland Way
Jeśli się pochorować to przynajmniej w należytych warunkach 😉

Oczekując na autobus zatrzymaliśmy się w bardzo klimatycznym pubie The Drovers Inn – ciemne pomieszczenia utrzymane w typowym, szkockim klimacie, rozgrzewało ciepłe i przesiąknięte dymnym zapachem powietrze z rozpalonego kominka.
W końcu jednak musieliśmy udać się na autobus, który zabrał nas do Tyndrym. Tam przeczekaliśmy kilka godzin w The Real Food Cafe, gdzie próbowałem wmusić w siebie trochę jedzenie (kompletnie rozregulował mi się układ pokarmowy). Tam czekaliśmy na możliwość zameldowania się w hotelowym pokoju. Korzystając z okazji rozwiesiliśmy w pokoju cały sprzęt do wysuszenia (włącznie z całym namiotem). Resztę czasu spędziłem na intensywnej kuracji z nadzieją, że następnego dnia będziemy w stanie przejść choć kilka kilometrów. Wieczorem udało się jeszcze znaleźć siły na tradycyjny element naszych wypraw – czyli wycieczkę do hotelowego baru, żeby omówić strategię na następny dzień. Tym razem whiskey była tylko dla Sebastiana – ja musiałem nieco odpuścić 😉

Tyndrum – King’s House

West Highland Way

Tego dnia czułem się już nieco lepiej, więc postanowiliśmy ruszyć w dalszą trasę. Plan był taki aby dojść do nieodległego Bridge of Orchy i tam zdecydować co dalej: albo nocleg, albo dalszy marsz. Problem z dalszym marszem był taki, że czekałby nas ok. 30 kilometrowy odcinek bez jakiegokolwiek dostępu do cywilizacji.

 

West Highland Way
Bridge of Orchy to jedna z wielu typowych mieścin po drodze – hotel-pub-restauracja, dwa domostwa, kawałek pola na którym można rozbić namiot. Lidla nie ma się co spodziewać 😉

Pierwszy etap marszu minął bardzo przyjemnie – ścieżka była bardzo równa i prowadziła przez podnóże wzniesienia poprzecinanego wodospadami – wyłaniającymi się znikąd co kilkanaście metrów. Do Bridge of Orchy doszliśmy zaskakująco szybko. Zarządziliśmy krótką przerwę, zjedliśmy drugie śniadanie i analizując mapę decydowaliśmy o dalszych planach. Przyznam, że poprzednie dni nieco nadszarpnęły moją dumę osobistą, a do tego nie chciałem popsuć wycieczki Sebastianowi przez swoje problemy zdrowotne. Pogoda dopisywała, po pierwszym, 10 km odcinku czułem się nie najgorzej więc wspólną decyzją postanowiliśmy zrealizować najśmielszą wersję naszego planu – pokonanie kolejnych 20 kilometrów i przejście tego dnia łącznie 30 km.

West Highland Way
W drodze z Bridge of Orchy do King’s House. Pogoda: słonecznie-deszczowo-wietrzne przedburzowe popołudnie.

Pogoda – jak to w Szkocji – zmieniła się tego dnia jeszcze 10 razy – od deszczu, przez słońce, wiatr tak mocny, że deszcz wiał w poprzek, po lekki grad. Jednak decyzja o dalszym marszu była jak najbardziej trafiona. Zmotywowani maszerowaliśmy przez odludne i przepiękne wrzosowiska – przyzwyczajeni już do zmiennej pogody. Klimat przypominał nieco pola bitwy w serialach typu Gra o Tron – czekaliśmy tylko, aż zza któregoś wzgórza wyłonią się rycerze na koniach lub horda wikingów.
Pokonując tak długi odcinek łatwo zgubić rachubę kilometrów. Mieliśmy podręczną mapę topograficzną w postaci małej książki, dlatego nasz dzień był zawsze podzielony na „kartki”. Co chwilę sprawdzaliśmy ile kartek trasy mamy jeszcze do pokonania. Pomimo tego, że deszcz często zmieniał wydeptaną czy kamienistą ścieżkę w rwący strumień, to szło się bardzo przyjemnie a otaczające widoki zachęcały do przystanięcia i chwilę zadumy. W pewnym momencie na pogodę przestaje się po prostu zwracać uwagę.

West Highland WayWest Highland WayWest Highland Way

Schodząc z jednego ze wzniesień, zauważyliśmy w końcu w oddali hotel w King’s House – jedyny element cywilizacji w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Dumni ze swojego wyczynu przyspieszyliśmy tempa. Jedyne o czym marzyłem to szklanka coca coli (taka zachcianka po piciu kranówki przez ostatnich kilka dni) i zimne piwko. Solidnie przemoknięci ruszyliśmy szybkim tempem w kierunku hotelu, tylko po to, żeby zobaczyć plac budowy. Hotel był zamknięty na czas przebudowy. Kawałek za hotelem, nad przepływającą obok rzeczką było przepiękne miejsce na którym można było rozbić się „na dziko”. Zerwał się jednak tak silny wiatr i deszcz, że widzieliśmy tylko ludzi, którzy przychodzili, spoglądali na podmokłe skrawki ziemi przy rzece i zawracali w kierunku drogi aby złapać jakiś transport. Inna ekipa miała już rozłożony namiot, jednak wiatr był tak silny, że obawiali się przebywać w środku – ostatecznie również oni spakowali się i zadzwonili po alternatywny transport.

West Highland Way
Jako miłośnicy nieszablonowych rozwiązań, byliśmy w stanie zaadaptować się do każdych warunków. Nawet jeśli miało to oznaczać chwilowy postój w… toaletach.

My jednak postanowiliśmy, że nie ma miejsca w naszych planach na kolejne wyjście awaryjne. Przeczekaliśmy ulewę w toalecie pracowników budowy, czekając na okno pogodowe. Kiedy tylko przestało na chwilę lać i wiać, ruszyliśmy z plecakami biegiem w kierunku rzeki żeby rozstawić namiot. Niczym w szwajcarskim zegarku ustawiliśmy nasze mobilne mieszkanie i zabezpieczyliśmy, aby nie stać się za chwilę latawcem w rękach Matki Natury. Chwilę później znów zerwał się wiatr, który dosłownie zgniatał konstrukcję naszego namiotu. Jednak tutaj inwestycja w dobry sprzęt się opłaciła i nasz namiot z sukcesem opierał się siłom natury.

Nafiltrowaliśmy zapas wody, rozstawiliśmy naszą małą kuchenkę (na szczęście mogliśmy jej używać w przedsionku namiotu) i zaczęliśmy nasz odcinek programu kulinarnego. Tego dnia specjalnością była herbata, zupki instant oraz dehydrowane dania – makaron bolognese dla mnie i coś co miało przypominać łososia w sosie dla Sebastiana (najlepszy fragment z instrukcji na opakowaniu brzmiał: „dodać przyprawy dla smaku”). Przepełnieni dumą z naszego dokonania wspominamy ten dzień chyba jako najlepszy odcinek całej wyprawy.

West Highland Way
Tylko my i jedna inna ekipa zdecydowała się nocować w tym rejonie tej nocy. Biorąc pod uwagę siłę wiatru – inni chyba podjęli słuszną decyzję

Odcinek ten jest najlepszym dowodem, że warto być dobrze przygotowanym do wyprawy. Jeśli mielibyśmy gorszy sprzęt, ubrania czy też brak zapasów żywności – prawdopodobnie nie wspominalibyśmy tego dnia tak ciepło 😉

King’s House – Kinlochleven

West Highland Way
Wschód słońca – King’s House

West Highland WayPoranek tego dnia był dla mnie jednym z najlepszych poranków jakich doświadczyłem w życiu. Obudziliśmy się przed wschodem słońca, omawialiśmy kolejny odcinek trasy gotując wodę na śniadanie, kiedy Sebastian zwrócił uwagę że zrobiło się całkiem jasno. Po otwarciu wejścia do namiotu zobaczyliśmy wschodzące słońce oświetlające zielone łąki i wrzosowiska poprzecinane meandrami szumiącej nieopodal rzeki. Krótka sesja zdjęciowa oraz chwila medytacji we wschodzącym słońcu na olbrzymim głazie nad rzeką poprzedziły śniadanie z dehydratów, po którym ruszyliśmy w kierunku Kinlochleven.

West Highland WayWest Highland WayWest Highland Way

Ten odcinek był stosunkowo krótki (14 km) jednak aby dojść do celu należało przejść na drugą stronę dość stromego wzniesienia. Od King’s House prowadziła do niego stosunkowo prosta ścieżka, otoczona (a to niespodzianka) idyllicznymi widokami – od otaczających nas, coraz to wyższych gór, przez schowane gdzieś w dolinach pojedyncze domki. U podnóża wzniesienia zatankowaliśmy źródlanej wody (oczywiście przefiltrowanej) i ruszyliśmy powolnym spacerem (ja dyktowałem tempo 😉 ) w kierunku szczytu. Po raz kolejny, jak w wielu momentach całej trasy, wspominaliśmy Nową Zelandię i wejście na Roy’s Peak.

West Highland Way
Zdobycie wzniesienia to była dopiero połowa sukcesu. Swoją drogą – istnieje też druga wersja tego zdjęcia, na której próbuję złapać oddech 😉

Po wejściu na szczyt pogoda znowu nieco się pogorszyła, jednak nie robiło to na nas już żadnego wrażenia. Może poza widokami, które te nagłe zmiany pogody były w stanie wyprodukować.

West Highland Way
Zmienna pogoda miała to do siebie, że wzdłuż trasy malowała takie właśnie widoczki.

IMG_2664

Zejście ze wzgórza również przywołały wspomnienia z NZ – widzieliśmy Kinlochleven w dolinie, jednak dojście do niego prowadziło krętą ścieżką (niczym zejście z Tongariro), która wydawała się nie mieć końca. Kiedy w końcu już doszliśmy na miejsce, zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym pubie. W końcu mogłem się napić szklanki coli, która mnie prześladowała przez ostatnich kilka dni, po czym przyszedł czas na cydry numer 1, 2 i 5 oraz coś do jedzenia.

West Highland Way
Niewprawione oko widzi tutaj tylko cole, piwo i mapę. Dla nas to były symbole ostatnich 45 kilometrów 😉

Zamówienia powinny być składane przy barze, jednak kiedy już moje odciski zdążyły nieco stwardnieć, kelnerki zlitowały się widząc moje pokraczne atempty na zrobienie kilku kroków. Po kilku godzinach należnego odpoczynku udaliśmy się na koniec miejscowości – po drodze nieco gubiąc drogę. Spotkaliśmy dzięki temu pasącego się w środku wioski, na trawniku… jeleniu – który wydawał się nie zwracać uwagi na nic. Kiedy doszliśmy do naszej idyllicznej miejscówki nad jeziorem, dowiedzieliśmy się, że nie mają już żadnych miejsc – nawet namiotowych! Jak się dowiedzieliśmy, w tych dniach odbywał się wielki event sportowy w biegach (50 km po górach o łącznej różnicy wzniesień 4000 metrów!) na które zjeżdżali atleci z całego świata, co wyczerpało możliwości noclegowe Kinlochleven. Nieco nas to przeraziło, jednak udało nam się znaleźć inne pole (na drugim końcu miasteczka), które miało jeszcze kilka miejsc dla małych namiotów.  Namioty faktycznie były porozstawiane jeden obok drugiego (co sprzyjało ulubionej zabawie Sebastiana – „cicho, cicho…” – żart dla wtajemniczonych 😛 ).

Z racji tego, że następnego dnia czekał nas znowu ponad 20 kilometrowy odcinek, a mój żołądek nadal mi doskwierał, postanowiłem zaaranżować transfer mojego bagażu. Załatwiłem wszystko na recepcji po czym udaliśmy się na tradycyjne posiedzenie w jednym z lokalnych domów publicznych (tak – w angielskim Pub to skrót od Public House – czyli dom publiczny. A co ty miałeś na myśli? 🙂 ).

Kinlochleven – Fort William

P1020915
Widok na Kinlochleven

Ostatni odcinek wiódł do podnóża najwyżej góry Wielkiej Brytanii – Ben Nevis. Wychodząc z Kinlochleven oczywiście znowu zeszliśmy nieco z trasy i musieliśmy nadrabiać – dlatego warto mieć ze sobą mapę 😉 Pierwszy etap trasy to znowu podejście pod wzgórze – w trakcie którego mijaliśmy biegaczy na porannej rozgrzewce do wspomnianego wcześniej eventu biegowego. Byłem pewien podziwu. Dalsza część trasy mijała spokojnie – w otoczeniu pięknych widoków, na gadce o wszystkim i niczym lub w kompletnej ciszy. W deszczu, w słońcu i wietrze.

West Highland WayWest Highland Way

cof
Ostatni odcinek – u podnóża schowanego w chmurach Ben Nevis
West Highland Way
Nasza mobilna kawalerka w ostatniej lokacji – w tle Ben Nevis

W końcu dotarliśmy do naszego obozowiska. Wcześniej tego dnia przepakowaliśmy nieco nasze plecaki – do mojego wpakowaliśmy wszystko co ciężkie – namiot, śpiwory itp a następnie zostawiliśmy go w wyznaczonym punkcie i tyle go widzieliśmy. Kiedy przyszliśmy do punktu docelowego, otwieraliśmy schowek na bagaże z lekkim biciem serca – jeśli nasz bagaż nie dotarł, bylibyśmy bezdomni 🙂 Na szczęście wszystko zadziałało i mieliśmy gdzie spać. Przyszło nam po raz ostatni na tej trasie przystąpić do naszej wieczornej rutyny: taniec łabędzia, zaopatrzenie na wieczór oraz zlokalizowanie najbliższego pubu. Pole namiotowe pod Ben Nevis ma świetne zaplecze – od pobliskiej restauracji, w której degustowaliśmy lokalne whiskey, po prysznice z gorącą wodą, mały sklepik z przyzwoitym wyborem piwa czy pralnią. Po opuszczeniu restauracji poszliśmy podsumować nasz wypad i podładować telefon. I tak oto siedzieliśmy w pralni, patrząc się na obracające się bębny i wspominaliśmy rozmaite elementy tej i innych wypraw, sącząc leniwie piwko.

Był to wyborny wypad, w doborowym towarzystwie – a to jest najważniejsze. Pokonaliśmy trasę – może nie całą i nie tak jak zamierzaliśmy, ale jednak. Pokonaliśmy własne ograniczenia, powspominaliśmy i niosąc wspólnie na plecach nasz minimalistyczny dobytek – przez pot, krew i łzy – tak jak to sobie zaplanowaliśmy.

Edynburg

West Highland Way

Nie był to ostatni etap naszej wędrówki. Spod Ben Nevis musieliśmy przejść jeszcze kilka kilometrów do Fort William – właściwego końca trasy. Po drodze spotkaliśmy po raz ostatni niektórych ludzi, poznanych na trasie. Tam próbowaliśmy złapać transport do Glasgow, skąd jechaliśmy do Edynburga. Autobus niestety nie wchodził w grę – wprawdzie przyszliśmy na czas ale nie było wystarczająco dużo miejsc dla ludzi bez rezerwacji. Dlatego musieliśmy skorzystać z droższej opcji – pociągu. Trasa biegnie wzdłuż tych samych, pięknych krajobrazów, które dopiero co przeszliśmy. Pomimo tego, że czasem pociąg porusza się wręcz wzdłuż trasy pieszej, to mamy okazję raz jeszcze podziwiać Zachodnie Highlandy w nieco innej perspektywie.

Po dojechaniu do Edynburga musieliśmy jeszcze jedynie dojść z plecakami do hostelu Argyle Backpackers. Był to chyba najtańszy nocleg we względnym centrum Edynburga – zaraz za błoniami kampusu uniwersyteckiego.

Edynburg
Edynburg świetnie łączy zieleń i zabudowę sprawiając, że stolica Szkocji nie przytłacza tak bardzo jak inne większe miasta.

W Edynburgu byliśmy do następnego dnia. Nasze środki transportu odjeżdżały/odlatywały popołudniem, więc mogliśmy jeszcze poświęcić nieco czasu na spacerowanie po Edynburgu.

Byłem w Edynburgu tylko na 2 dni – i to 3 lata temu. Zapamiętałem to miasto w bardzo pozytywnych kategoriach – przez lata powtarzałem jakie wrażenie zrobiło na mnie to miasto. Z czasem zacząłem się zastanawiać, czy to nie tylko wyolbrzymione wspomnienie – nic bardziej mylnego. Edynburg zrobił na mnie dokładnie takie samo wrażenie jak 3 lata temu. Historyczna zabudowa na każdym kroku, kręte, wąski uliczki i schody, zamek w centrum, do tego zieleń i wzgórza dookoła – ogólna harmonia tego miasta nadaje mu magicznego klimatu.

cof

Spędziliśmy trochę czasu wędrując po klimatycznych pubach, z celtycką muzyką na żywo, świetnym jedzeniem i jeszcze lepszą selekcją lokalnych trunków. Po przejściu ponad stu kilometrów z plecakami, spacery po Edynburgu były czystą przyjemnością. Miasto wydaje się żyć swoim życiem – puby ukryte w krętych uliczkach, szkocka muzyka na żywo, stara zabudowa – wszystko to przenosi nas na moment w inny świat.

IMG_20180915_101453

Następnego dnia pogoda dopisała – wspięliśmy się na wzgórze przy Holyrood Park, pospacerowaliśmy wokół Edynburga po kilku znanych miejscach – w tym po zabytkowej nekropolii.

sdrcofsdr

Następnie poszliśmy pozwiedzać Edinburgh Castle – zamkiem dominującym nad całym miastem, który stanowi jego główną atrakcję. Dobra rada – jeśli macie mało czasu – udajcie się do kas wcześnie lub zarezerwujcie bilet online. Liczba odwiedzających jest olbrzymia! W kolejce do kas (które obsługują całkiem sprawnie i szybko) czeka się czasem nawet kilkadziesiąt minut. Bilety zarezerwowane online można jednak odebrać w osobnym – mniej oblężonym okienku.

sdr

cof

Na dodatek zjawiliśmy się w dość popularnych godzinach. Punktualnie o godzinie 13:00 oddawany jest strzał z działa artyleryjskiego – jest to element wielowiekowej tradycji. Sam zamek był całkiem ciekawy. Do najciekawszych atrakcji (jak klejnoty koronne) czekały jednak dość długie kolejki, na które my nie mieliśmy czasu. Zaraz po wyjściu z zamku na główny deptak byliśmy z kolei świadkami jakiejś parady – rzędy muzyków z bębnami, fletami wszelkiego rodzaju maszerowały w dół Royal Mile. Tak jak mówiłem – miasto żyje własnym życiem.
Na samym końcu wróciliśmy do naszego schroniska zabrać nasze plecaki, pojechałem z Sebastianem na lotnisko, wypiliśmy ostatnie piwko po czym każdy z nas ruszył w swoją stronę – do następnej wyprawy 😉

Tradycyjnie – film z całej wyprawy też powstanie, ale pewnie z opóźnieniem 😉

Kilka wskazówek dla zainteresowanych

  • Koszt samej wyprawy – bez sprzętu i biletu lotniczego (wizyty w pubach, restauracjach, opłaty za pola namiotowe, transport do Edynburga itp) wyniósł około 360 GBP – ale koszt ten można oczywiście śmiało obniżyć
  • Warto mieć ze sobą gotówkę. Terminale są obecne w wielu miejscach, jednak w wielu innych gotówka jest niezbędna (choćby na honesty boxy 😉 )
  • Koszt noclegu na polu namiotowym to ok 5-10 GBP / osobę
  • W Szkocji alkohol sprzedawany jest dopiero od godziny 11:00 rano – bez wyjątków 😉
  • Zabierzcie dokładną mapę topograficzną aby zliczać kilometry do przejścia. Google Maps i GPS nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. Często książeczkowe mapy są dostępne w przewodnikach po West Highland Way
  • Pod względem bezpieczeństwa – nie powinno was nic nieprzyjemnie zaskoczyć. Pozostawienie rzeczy na chwilę bez nadzoru (w tym telefonu w ładowarce) czy hiking solo (niezależnie od płci) nie powinien stanowić najmniejszego problemu.
  • Jeśli z Fort William zamierzacie wracać autobusem – zarezerwujcie wcześniej bilet. Sprawdźcie również czy na trasie nie odbywają się jakieś eventy – dla małych mieścinek na trasie przyjazd kilku tysięcy turystów potrafi spowodować swego rodzaju noclegowy paraliż. Warto wtedy zadbać o rezerwację miejsca noclegowego lub zaplanowanie dzikiego campingu.Jeśli macie pytania odnośnie organizacji wypadu do Szkocji – zwłaszcza na West Highland Way – chętnie pomożemy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: