Nowa Zelandia – Dzień 6 i 7 – Przeprawa na wyspę południową do Kaiteriteri

Kolejne 2 dni po przeżyciu Tongariro mieliśmy zaplanowane dosyć luźno, dlatego postanowiłem połączyć te dwa dni w jednym wpisie. Tym bardziej, że idąc tym tempem, skończę opisywać całą wyprawę w okolicy 2021.

Tak jak opisywałem to w poście o Tongariro Alpine Crossing – pod koniec dnia postanowiliśmy dosyć znacząco zmienić nasz plan i udało nam się przełożyć przeprawę promową o dzień wcześniej. Tym samym wieczorem musieliśmy być w Wellington, w kolejce na prom przed godziną 15:30. Nie był to zbytnio napięty plan. Poniższy wpis jest raczej przeznaczony dla nas samych (wspomnienia), ewentualnie dla ludzi planujących wyjazd. Niewiele będzie tu zdjęć czy filmów, które mogłyby być interesujące dla pozostałych. Nie mniej – zachęcam do czytania 😉

Wyjechaliśmy po godzinie 10:00. W Raetihi dotankowaliśmy naszego kampera do pełna i ruszyliśmy w kierunku Wellington. Ku naszemu zaskoczeniu – nie odczuwaliśmy żadnych dolegliwości po przemaszerowaniu 20 kilometrów przez Tongariro dzień wcześniej.

Droga do Wellington
Pogoda w drodze do Wellington była zmienna, jednak nawet w pochmurne dni widoki za oknem dopisywały.

Pogoda nie była nadzwyczajna – utrzymywało się lekkie zachmurzenie czy nawet przelotne opady. Jednak Nowa Zelandia nawet wtedy potrafi zachwycać.
Poza jazdą w kierunku Kaiteriteri nie mieliśmy tak na prawdę innych planów – brzmi to pozornie nudno, ale ta chwila wytchnienia bardzo nam się przydała. Poza tym nawet zwykła jazda samochodem po Nowej Zelandii (i powiązanych z tym 30 postojów na punktach widokowych) jest na prawdę dużą przyjemnością – tym bardziej, że pierwszych kilka dni minęło nam dosyć intensywnie. Długa trasa sprzyjała pogadankom na tematy wszelkie czy koncertom karaoke w wykonaniu moim i Sebastiana. W trosce o ogólnie pojęte dobro społeczne i zdrowie psychiczne czytelników nie będę publikował nagrań z tych występów 😉

Długa i prosta trasa skłoniła Piękną aby po raz kolejny zasiąść za kierownicą naszego wehikułu i poprowadzić po lewej stronie, tak więc zarządziliśmy przesiadkę na małym postoju w lesie. Droga była szeroka a ruch bardzo umiarkowany, więc Piękna mogła spokojnie jechać i podziwiać (podczas gdy mi przypadło zaszczytne zadanie odciśnięcia sobie tyłka na twardym, środkowym siedzeniu ;)). Oczywiście, jak to ze szczęściem Pięknej, po krótkim czasie jazdy, spokojna droga, którą jechaliśmy zamieniła się w wielopasmową autostradę wiodącą do stolicy Nowej Zelandii – Wellington.

Droga do Wellington
„Fajna, prosta droga, mogę poprowadzić” – powiedziała Piękna, po czym leśna droga zmieniła się w autostradę 😉

Tak więc Piękna awansowała na naszego kierowcę miejskiego, odpowiedzialnego za znalezienie miejsca parkingowego w Wellington, abyśmy mogli zrobić zakupy przed wjazdem na prom. Nie jest to taka prosta sprawa jakby się wydawało, gdyż większość parkingów przy supermarketach była podziemna, a nasz kampervan przekraczał praktycznie każdy limit wysokości. Inne, pojedyncze miejsca parkingowe rozsiane po mieście były albo zajęte, albo zarezerwowane a my nie byliśmy zbytnio przygotowani do nawigowania po Wellington. Tak więc chwilę lawirowaliśmy po wąskich, jednokierunkowych ulicach centrum zanim się poddaliśmy i zaparkowaliśmy wzdłuż jednej z dróg na losowo wybranym osiedlu, które było w zasięgu spaceru do najbliższego sklepu Countdown. Po uzupełnieniu zapasów przeorganizowaliśmy bagaż podręczny (w trakcie rejsu promem nie ma dostępu do samochodu), zjedliśmy coś na szybko i udaliśmy się w kierunku nabrzeża szukać wjazdu na prom.

Nowa Zelandia - przeprawa do Picton
W kolejce do promu musieliśmy trochę poczekać, jednak załadunek odbywał się bardzo sprawnie.

Proces załadunku był bardzo sprawny i dobrze zorganizowany biorąc pod uwagę liczbę samochodów w stojących za nami w kolejce. Po chwili spacerowaliśmy już po pokładzie. Płynęło z nami wielu pasażerów – od innych turystów po ludzi pracujących i mieszkających pomiędzy dwiema wyspami. Znaleźliśmy sobie miejsce przy restauracji, a później pospacerowaliśmy nieco po pokładzie. Pochmurna i bardzo wietrzna pogoda nie sprzyjała spacerom na zewnątrz, jednak dzięki przechadzkom odkryliśmy zamknięty pokład widokowy – z bardzo wygodnymi siedzeniami, skąd mogliśmy podziwiać jak spomiędzy chmur co chwilę przebijały się promienie słońca, tworząc spektakularny teatr światła. W końcu miałem czas na spisanie wspomnień w moim notatniku i chwilę wytchnienia w otoczeniu pięknych widoków – podróż promem na drugą wyspę trwa ponad 3 godziny.

Przeprawa Wellington - Picton

Po dopłynięciu do Picton musieliśmy podjąć decyzję logistyczną o trasie, którą pojedziemy. Do wyboru mieliśmy krętą (czyt: powolną) trasę widokową wiodącą wzdłuż wybrzeża, lub jazdę drogą nr 1 do Blenheim i następnie drogą nr 6 w kierunku Kaiteriteri. Z racji tego, że robiło się późno, zdecydowaliśmy ruszyć w kierunku Blenheim, gdyż obawialiśmy się, że wzdłuż trasy krajobrazowej nie znaleźlibyśmy żadnego noclegu. Jak się szybko okazało – mieliśmy rację 😉

Picton – gdzie dalej?

Oczywistym punktem w wielu wyprawach takich jak nasza, jest podróż z Picton do Kaikoura drogą nr 1 gdzie można udać się obserwować wieloryby czy pływać z delfinami. My jednak musieliśmy zmienić nasze plany, gdyż ten odcinek drogi nadal był bardzo zniszczony i w trakcie napraw po dużym trzęsieniu ziemi w tej okolicy w 2017 roku.

Po obdzwonieniu kilku kempingów, moteli i B&B szybko okazało się, że nie znajdziemy żadnego „zarządzanego” noclegu w sensownej okolicy, który miałby otwartą portiernię kiedy dojedziemy (do Picton dopłynęliśmy ok 8:30). Tak więc wybór siłą rzeczy padł na free camping. W sumie to cieszyliśmy się, bo chcieliśmy skorzystać z jakiegoś free campingu już od jakiegoś czasu. Poza oczywistymi oszczędnościami, są one zazwyczaj zlokalizowane w bardzo malowniczych miejscach.

Tak więc po sprawdzeniu dostępnych miejsc kampingowych utrzymywanych przez DOC zdecydowaliśmy się ruszyć w kierunku Wairau Diversion Reserve – położonego u ujścia rzeki Wairau do Oceanu Spokojnego. Najpierw zatrzymaliśmy się w złym miejscu – nad rzeką, ale nieco dalej od oceanu. Dziwiliśmy się czemu nikt inny nie korzysta z tego miejsca i cieszyliśmy się jak dzieci ze świętego spokoju, pięknej rzeczki nieopodal i dzikiego kampingu z dala od ludzi i cywilizacji.

Nowa Zelandia - free camping
Za pierwszym razem nie do końca dobrze zlokalizowaliśmy teren free kempingu – stąd brak ludzi (i moja radość widoczna w tle 😉 )
Nowa Zelandia - free camping
… co nie przeszkodziło nam w rozbiciu obozu „w środku nigdzie” w celu spożycia tradycyjnego, wieczornego piwka 😉

Korzystając z ostatnich promieni zachodzącego słońca zdążyłem jeszcze poderwać drona – i jak się później okazało, okolica wcale nie była taka odludna. Po pierwsze – zauważyłem, że nieco dalej, przy ujściu rzeki, widoki są jeszcze piękniejsze a ocean tuż tuż. Po drugie – wkrótce po lądowaniu pojawił się u nas jegomość uprzejmie proszący aby nie latać dronem nad jego farmami (o których nie mieliśmy pojęcia – jak wspomniałem, okolica wyglądała na odludzie). Dlatego też zdecydowaliśmy się (w środku ciemnej nocy, na odludziu, po wypiciu symbolicznego piwka 330 ml 😉 ) na przeniesienie obozu nieco bliżej oceanu. Dopiero tam zauważyliśmy zaparkowanych kilka kamperów. W środku nocy nie byliśmy w stanie znaleźć toalety – dlatego polecamy dojechać tam za dnia. Zwłaszcza jeśli planujecie wypić wieczorne piwko bez konieczności spacerowania po okolicznych wrzosowiskach 😉

Nowa Zelandia - Free Camping
Niektóre widoki można zobaczyć tylko dzięki kempingom DOC

P1020462 (2)

Nie wszystkie kempingi DOC są darmowe – na niektórych trzeba wnieść opłatę do skarbonki dlatego warto wozić przy sobie trochę gotówki na wszelki wypadek. Należy też przestrzegać reguł danego pola. Przykładowo – na naszym polu mogły parkować jedynie pojazdy certyfikowane jako self-contained (posiadające choćby przenośną toaletę) oraz obowiązywał zakaz rozbijania namiotów. Kiedy wstaliśmy dość wcześnie rano na przechadzkę o wschodzie słońca, zauważyliśmy pracownika DOC przylepiającego mandat komuś, kto chyba tych zasad nie doczytał.

Następny dzień minął nam podobnie – pobudka, śniadanie, spacer po okolicy (w poszukiwaniu ukrytej toalety – która znowu pozytywnie zaskoczyła nas stanem czystości) i krótką medytację nad oceanem. Była to bardzo przyjemna pobudka – okolica o poranku była przepiękna a szum oceanu budził powoli do życia.
Po spakowaniu obozu ruszyliśmy przez region Marlborough w kierunku Nelson. Cały region słynie z winnic, z którymi powiązane są różne atrakcje. Nie mieliśmy na nie niestety czasu, choć z nich szczególnie mnie intrygowała – wycieczki od winnicy do winnicy połączone z degustacją… na rowerze. Ciekawił mnie ogólny stan wycieczkowiczów pod koniec 🙂

Nowa Zelandia - Marlborough
Winnice Marlborough ciągnęły się przez wiele kilometrów

Do Nelson dojechaliśmy dosyć wcześnie – chyba jeszcze przed południem. Urządziliśmy sobie tam krótki postój na rozprostowanie nóg (dosłownie – jak widać na zdjęciu na którym próbujemy te nogi prostować 😉 ), spacer po plaży w trakcie odpływu i porcję lodów. Zarówno Nelson jak i Kaiteriteri to miejscowości turystyczne leżące w Zatoce Tasmana uchodzącej za słoneczną stolicę Nowej Zelandii. Nasz postój w Nelson był jednak bardzo krótki – woleliśmy dojechać do Kaiteriteri i tam skorzystać z pogody.

Nowa Zelandia - Nelson
Wejście na plażę w Nelson
Nowa Zelandia - Nelson
Przerwa na „rozprostowanie nóg” 😉 Coś co wyglądało jak układ choreograficzny, było w rzeczywistości próbą odtworzenia pozy baletowej dziewczyn, które widzieliśmy na Tongariro. Z jakiegoś powodu nawet bez zmęczenia 20 km spacerem dalej nie potrafiliśmy przestawić wyprostowanej nogi do głowy – nadal analizujemy dlaczego 😉

IMG_E0984

Nowa Zelandia - Nelson

W samym Kaiteriteri jest co robić – szlaki spacerowe, rowerowe, kajakowe czekają otworem. W pobliżu znajduje się również park Abel Tasman – do którego planowaliśmy wybrać się na kajaki następnego dnia. Tego dnia postanowiliśmy jednak zafundować sobie dzień typowego, wakacyjnego odpoczynku, aby mieć też trochę „urlopu” w tej wyprawie 😉

KaiteriteriDom zaparkowaliśmy, w położonym dosłownie nad samym morzem, Kaiteriteri Beach Camp. Najpierw musieliśmy zająć się praniem i paroma innymi drobnostkami – jak zapewnienie ciągłości energetycznej (naładowanie sprzętu, power banków, telefonów), a później udaliśmy się na plażę. Bardzo rzucał się w oczy kolor piasku – mocno pomarańczowy, jakby na podkolorowanym zdjęciu. Woda była ciepła, słoneczko przyjemnie grzało i czas mijał nam na relaksowaniu się. Po chwili postanowiliśmy skorzystać z jednej z restauracji z tarasem z widokiem na zatokę – i zafundowaliśmy sobie przyjemność w postaci restauracyjnego obiadu i drinków. Bardzo miła odmiana 😉

KaiteriteriKaiteriteriKaiteriteri

Po przypływie (który podziwialiśmy jak etapami zabierał kawałki plaży, czy nawet całe wysepki) spędziliśmy chwilę przy naszym kamperze – robiąc notatki, porządki czy dokarmiając spacerujące po kempingu jakby nigdy nic kaczki, po czym postanowiliśmy udać się na pizzę „prosto z pieca” w sąsiadującej z kempingiem restauracji (choć słowo knajpa byłoby bardziej odpowiednie). Zjechał się do niej autobus Kiwi Experience, grała muzyka i ogólnie toczyła się impreza. Jednak jedyne co przypadło nam tam do gustu to piwo sprzedawane na dzbanki. Pizza prosto z pieca – owszem była wypiekana w piecu opalanym drewnem, jednak byłoby lepiej gdyby pizza nie była mrożonką (i to jakościową gorszą od najtańszej pizzy z Biedronki). Dosyć szybko postanowiliśmy wieczór dokończyć w naszym domku na kółkach przygotowując się do kolejnego dnia – całodniowej wycieczki kajakowej po Abel Tasman.

Kaiteriteri

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: