Nowa Zelandia – Dzień 5 – Tongariro Alpine Crossing czyli droga przez Mordor

Tongariro Alpine Crossing to wg wszelkich rankingów jeden z najpiękniejszych szlaków jednodniowych świata i zdecydowanie najistotniejszy punkt na naszej mapie północnej wyspy Nowej Zelandii.

Kiedy planowaliśmy cały wyjazd, Tongariro wcale nie było dla mnie tak oczywiste jako jedna z atrakcji. Owszem, patrząc na zdjęcia intrygowało mnie, ale biorąc pod uwagę ile mieliśmy czasu, musieliśmy w pewnym momencie ograniczyć liczbę atrakcji. W tamtym momencie pomyślałem „tak tu pustynnie w porównaniu do innych, kolorowych miejsc, do tego nie wiem czy mam wystarczającą kondycję – może odpuścimy Tongariro?”. Na szczęście Piękna i Sebastian czuwali i nie odpuścili tego punktu wyprawy. Chwała im za to, bo teraz nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy tam nie być. Tak więc jeśli zwiedzacie wyspę północną i kondycyjnie możecie sobie na to pozwolić, to Tongariro Alpine Crossing powinno być obowiązkowym elementem waszego planu. Nawet jeśli się bardzo zmęczycie – gwarantuję, że wrażenia będą warte każdej kropli potu.
Niestety nie będę w stanie opisać każdego detalu tego szlaku – głównie dlatego, że w moim notatniku z podróży, zamiast zwyczajowych kilku stron rękopisu, zachował się tylko jeden, krótki wpis: „25. stycznia – Tongariro: Trzeba zobaczyć i doświadczyć! Koniec opisu.”

Tongariro Alpine Crossing w naszym wykonaniu

Tongariro Alpine Crossing to 20 kilometrowy szlak wiodący przez piękny, marsjański krajobraz, wokół wulkanu, który zyskał sławę jako Góra Przeznaczenia (Mount Doom) z filmu Władca Pierścieni. Pokonuje się go w ok. 8-10 godzin. Dla jasności: trasa nie prowadzi przez samą górę ale wokół niej.

Pomimo tego, że spać poszliśmy bardzo późno (po 1:00 w nocy) to wstać musieliśmy wcześnie – około 6:00. Po szybkim śniadaniu, zrobieniu kanapek, przepakowaniu plecaków itp – ruszyliśmy z naszego noclegu (około 20-30 minut drogi) tak aby na parkingu być między 7:30 a 8:00 rano i sensownie zaparkować unikając tłumów nieco bardziej leniwych śpiochów 😉

Tongariro ParkingParkowanie na Tongariro

Przy parku znajduje się kilka parkingów. Ten znajdujący na początku trasy możecie sobie odpuścić – jest maleńki, prowadzi do niego bardzo wyboista droga, która w niektórych wypadkach mogłaby nawet uszkodzić wasz samochód. Do tego sam parking jest maleńki i nie jestem pewien czy nadal jest otwarty dla ogółu, czy tylko dla firm dowożących turystów.

Parking zaznaczony na Google Maps (na zdjęciu po lewej niebieski marker) był zapełniony autobusami i również nie jest zbyt obszerny. Znajduje się on przy samym końcu trasy.

My zaparkowaliśmy przy drodze 46 nieopodal parkingu zaznaczonego czerwonym markerem (koordynaty widoczne u dołu zdjęcia). Mieliśmy obawy o bezpieczeństwo naszych rzeczy ale okazały się one nieuzasadnione. Zasłońcie zasłony, zamknijcie okna i drzwi, pochowajcie przedmioty i wasz pojazd powinien zginąć w tłumie innych podobnych.

Po zaparkowaniu na poboczu, niedaleko miejsca, z którego (jak nam się wydawało) odjeżdżają autobusy zawożące ludzi na początek trasy, ustawiliśmy się wśród innych podróżnych i czekaliśmy na transport. Jak się po jakimś czasie okazało – należało mieć rezerwację, której my nie mieliśmy! Po krótkiej rozmowie, wymianie kilku uśmiechów i kilku banknotów wsiadaliśmy już do malutkiego busa. Tym samym po raz kolejny dzięki pomyślności maoryskich bogów dopisało nam szczęście i po chwili sunęliśmy wyboistymi drogami wraz z naszym prywatnym, maoryskim kierowcą w naszym prywatnym busie na początek trasy – bez tłoku, bez ścisku, bez rezerwacji 😉

Tongariro Alpine Crossing
Początek trasy Tongariro Alpine Crossing. Nie widać tego na wszystkich zdjęciach, ale niebo tego dnia wcale nie było takie bezchmurne 😉

Pamiętam, że serce biło mi mocno wychodząc na trasę z dwóch powodów. Pierwszym były wspomniane obawy o kondycję (przelot helikopterem ratunkowym byłby świetną atrakcją – jednak mój ubezpieczyciel mógłby się z tym nie zgodzić) oraz z powodu wiszących nad teren Tongariro chmur, które mogły oznaczać raptowne zmiany pogody i brak widoków.

Początek trasy sprawiał wrażenie sielanki – skały i głazy pokryte porostami i niską roślinnością, skąpaną w porannej mgle i nisko osadzonych chmurach, wśród których wił się chodnik trasy spacerowej niczym przez park w centrum miasta. Niestety im dłużej szliśmy, tym mniej widoków dostrzegaliśmy dookoła z powodu zachmurzenia, co niepokoiło każdego z nas. Jednak niezrażeni podążaliśmy dalej. Po drodze można nieco zboczyć z trasy i iść pod widoczny w oddali wodospad (nazwy nie pamiętam) – my jednak postanowiliśmy przeć przed siebie.

Tongariro Alpine CrossingW pewnym momencie na trasie dochodzimy do miejsca, które informuje nas że następne toalety dostępne będą za X kilometrów (niestety teraz już nie pamiętam) oraz słynne ostrzeżenie: jeśli nie jesteś przygotowany sprzętowo i kondycyjnie – zawróć! Niezrażeni próbą zastraszenia nas przez nowozelandzkie ministerstwo turystyki, ruszyliśmy dzielnie w kierunku Góry Przeznaczenia. Sebastian ruszył nieco szybciej – swoim tempem – i już po chwili zniknął we mgle, która spowijała cały otaczający nas teren. Pomimo tego byliśmy w stanie podziwiać krajobraz wokół siebie – tym razem już bardziej surowy, wyściełany głazami i porowatymi skałami wulkanicznymi.

Wspinaliśmy się bez pośpiechu i co najważniejsze – równym tempem. Zaskoczony tak intensywną aktywnością organizm był w zbytnim szoku żeby stawiać opór 😉

Tongariro Alpine Crossing

Po dotarciu do wypłaszczenia pod Górą Przeznaczenia czuliśmy się jak na zachmurzonym Marsie. Dookoła widzieliśmy tylko pomarańczowy piasek i chmury, w których spodziewaliśmy się zobaczyć łazik Curiosity. I tutaj po raz kolejny – i to w spektakularny sposób – do gry weszli, troszczący się o nas na każdym kroku, maoryscy bogowie. W kilka minut zerwał się wiatr po czym w kilkadziesiąt sekund rozdmuchał chmury i odsłonił krajobraz dookoła nas. Trudno uwierzyć, że na prawdę aż tak nam dopisywało szczęście każdego dnia? Mamy nagrany fragment tego cudu 😉

Tongariro Alpine Crossing
Po kilku minutach wiatr odsłonił przed nami cały urok Tongariro – włącznie z Mount Doom (lub technicznie Mount Ngauruhoe)

Nie wiem czy to zasługa głębokiego szacunku z jakim Sebastian ucałował nowozelandzką ziemię po wyjściu z lotniska, czy jakieś gusła, które odprawiał na pięterku naszego kampervana kiedy nie patrzeliśmy – ale nadprzyrodzona przychylność w wersji last-minute towarzyszyła nam praktycznie do końca wyprawy.
Wiatr przyjemnie nas schłodził, a piękne widoki które odsłaniał z minuty na minutę dodały nam sił do dalszego marszu.

Tongariro Alpine Crossing
Cała widoczna na zdjęciu dolina była jeszcze niedawno spowita chmurami – teraz widocznymi już jedynie w tle.

A siły te się przydały, bo czekało nas następnych kilka wzniesień. A z każdego z nich roztaczał się coraz piękniejszy widok. W niektórych strome podejścia były na prawdę wymagające, jednak za każdym razem kiedy zatrzymywaliśmy się złapać oddech i odwracaliśmy się, żeby zerknąć na widoki – dodawało nam to tyle energii, satysfakcji i entuzjazmu, że bez marudzenia ruszaliśmy niezmordowanym, równym krokiem dalej.

Pierwszym przystankiem był South Crater. Ten moment był jednym z tych, w których warto spauzować nieco życie aby zapamiętać każdy jeden detal, każde wrażenie i widok, każdy podmuch chłodnego wiatru. Każdy z nas miał chwilę, aby usiąść w ciszy i nacieszyć się tym gdzie jesteśmy. Nie wiem jak inni, ale mi nie spieszyło się ruszać w dalszą drogę – i bynajmniej nie z powodu zmęczenia 😉

Tongariro Alpine Crossing

Tongariro Alpine Crossing

Po krótkim odpoczynku, znieczuleni widokami udaliśmy się w kierunku najwyższego punktu trasy – Red Crater.

Tongariro Alpine Crossing
Widok z okolic Red Crater

Po dotarciu na najwyższy punkt byłem bardzo dumny z siebie i z Pięknej (Sebastian ma lepszą kondycję od nas więc moja duma mu się nie należy ;P ). Moje poczucie dumy osobistej zostało nieco nadszarpnięte przez fakt, że zaraz za nami dotarła para dziadków z Japonii, z którą wyprzedzaliśmy się wzajemnie na trasie. Na dodatek – kiedy z Sebastianem poprawialiśmy sobie werbalnie stan naszego ego („eeee, jeszcze nie jest z nami tak źle – jeszcze mogę ruszać nogami”) zobaczyliśmy dwie dziewczyny ustawiające się do zdjęcia w pozach przypominających rozgrzewki baletowe, które na tym etapie wędrówki wprawiały w przerażenie. Jak ktoś po takiej wspinaczce może potrafić stać na jednej nodze podczas kiedy drugą nogę (wyprostowaną) przykłada sobie do głowy? Na dodatek robiły to z takim uśmiechem jakby dopiero co wyszły z salonu SPA. Ja w tym czasie starałem się cały czas podnieść z przysiadu 🙂

Kiedy już się podniosłem i zaczęliśmy spacerować po szczycie, mieliśmy okazje podziwiać jeden z najbardziej nietypowych i dramatycznych krajobrazów jakie kiedykolwiek widziałem.

Tongariro Alpine Crossing
Widok z Red Crater na dalszą trasę: w dole Emerald Lake, w tle Blue Lake

DCIM100GOPROG0361161.JPG

Tongariro Alpine Crossing

Tongariro Alpine Crossing
Zejście z Red Crater to dosyć stroma ścieżka z popiołu i skał. To właśnie na tym odcinku najbardziej doceniliśmy dobre, wysokie obuwie i kijki.

Kontynuując marsz z Red Crater myśleliśmy, że było to ostatnie większe wzniesienie a przed nami już tylko zejście do doliny, w kierunku parkingu. Chyba dobrze, że nie wiedzieliśmy wtedy w jakim byliśmy błędzie 😉

Zejście z Red Crater było dosyć strome i bardzo sypkie. Nie było jednak jakoś szczególnie trudne pod względem technicznym – trzeba było jedynie uważać, aby nie zjechać ze zbocza na popiele 🙂 Pomimo tego, że od końca dzieliło nas jeszcze wiele kilometrów, to trasa ta mijała nam bardzo przyjemnie – bez oznak większego zmęczenia czy dyskomfortu ale też w błogiej nieświadomości dystansu jaki jeszcze był przed nami. Na pewno pomagało w tym należyte przygotowanie do wyprawy, sprzęt, zapasy wody i towarzyszące nam cały czas widoki, świetna pogoda i dobry humor.

Tongariro Alpine Crossing
Widoczne obok jeziora obłoki to nie pozostałości mgły czy chmur, a para będąca wynikiem aktywności wulkanicznej.
Tongariro Alpine Crossing
Emerald Lake może wyglądać kusząco po tak długim spacerze, jednak nie polecalibyśmy próbowania kąpieli 😉

Schodząc coraz niżej i bliżej Emerald Lake, zauważaliśmy coraz więcej „aktywności” – chmury pary wydobywające się spod ziemi czy gorące, kwaśne jeziora cały czas przypominały, że stąpamy po aktywnym wulkanicznie gruncie. Po tylu kilometrach, kiedy wyczerpaliśmy już większość tematów do rozmów, czas urozmaicaliśmy konwersacją w stylu „gdzie byś uciekał gdyby teraz ziemia zaczęła się trząść a wulkan zacząłby wyrzucać materię?”.

Tongariro Alpine Crossing
Widok za siebie na Red Crater

Po zejściu z Red Crater i Emerald Lake do doliny mogliśmy znowu nieco odsapnąć na równym terenie. Tutaj po raz pierwszy zauważyliśmy, że to chyba nie było ostatnie wzniesienie.

Część ludzi wybiera trasę na Red Crater właśnie od tej strony, wyruszając z parkingu Ketetahi niejako „pod prąd” (trasa jest krótsza i bliżej parkingu), jednak moim zdaniem jest ona trudniejsza pod względem podejścia na Red Crater i nie tak ciekawe (pomija wiele pięknych odcinków, które oferuje tylko pełny szlak Tongariro Alpine Crossing).

Tongariro Alpine Crossing
Z tego tarasu wydawało się, że parking musi być tuż za rogiem… Do tego momentu nie czuliśmy z Piękną zmęczenia w nogach. To miało się szybko zmienić 😉

W pewnym momencie zaczęliśmy zauważać zmiany w krajobrazie – pojawiająca się tu i ówdzie zieleń, jeziora widoczne w oddali – wiedzieliśmy że zbliżamy się do końca trasy (taaa – jasne 😉 ). Dotarliśmy do swego rodzaju górskiej szopy. Służy ona chyba głównie jako schronienie w razie bardzo złych warunków pogodowych – poza tym nie ma w niej nic. Obok tej szopki znajduje się jedna toaleta (tak – to druga i ostatnia toaleta znajdująca się bezpośrednio na trasie).

Odpoczęliśmy nieco na tarasie podziwiając piękny widok na zbocze, którym mieliśmy zaraz zmierzać na parking i znów trzeba było ruszać dalej. Popatrzeliśmy w dół i stwierdziliśmy, że parking musi być już niedaleko – należy tylko zejść serpentynami w dół góry.

Tongariro Alpine Crossing
Zejście ze szlaku było zdecydowanie najtrudniejsze i wydawało ciągnąc się w nieskończoność niczym Wielki Mur Chiński

Było to kolejne złudzenie optyczne, któremu ulegliśmy na trasie 😉 Na początku wręcz zbiegaliśmy w dół lecz po chwili zauważyliśmy, że ścieżka wydawała się ciągnąć bez końca. Dopiero po jakimś czasie w oddali dostrzegliśmy maleńki skrawek ziemi w środku lasu – czyli parking Ketetahi. Na dodatek serpentyny, które wydawały nam się prowadzić w dół wzgórza, kilka razy zaskoczyły nas ponowną wspinaczką pod górę. Po pewnym czasie zaczęliśmy rozumieć, dlaczego przed wyprawą często spotykaliśmy się z opinią, że zejście ze szlaku jest dużo trudniejsze niż wejście. Po drodze rozmawialiśmy z wieloma ludźmi, którzy przekonywali się o tym na własnej skórze (w przenośni i dosłownie – bo wielu z nich rozmasowywało odciski).

Tongariro Alpine Crossing
Ostatnim etapem jest spacer przez las – na niektórych odcinkach w przyspieszonym tempie 😉

Kiedy już zeszliśmy ze wzgórz do doliny, czekał nas jeszcze spacer przez las. Jak się wkrótce miało okazać, nie był to taki zwyczajny las. Poza tym, że podobnie jak górskie serpentyny, on również wydawał się nie mieć końca, to w pewnym momencie na trasie napotkaliśmy znak mówiący mniej więcej:
„Strefa Zagrożenia Lahar (przyp: lahar po indonezyjsku to po prostu lawa) – za tym znakiem nie zatrzymuj się i przemieszczaj się jak najszybciej. Jeśli słyszysz odgłosy dochodzące z góry strumienia lub doświadczysz wstrząsów – biegnij i opuść strefę”.
Jak się okazuje – z racji aktywności wulkanicznej okolicznych terenów, może zdarzyć się tak, że bulgoczący obok nas strumyczek zamieni się w szeroką rzekę gorącej i toksycznej lawy. Nie wiem jakie jest tego prawdopodobieństwo, ale zgodnie z instrukcją przyspieszyliśmy (co na tym etapie wędrówki nie było wcale takie proste 😉 ). Mam wręcz teorię spiskową, że trasa szlaku biegnie przez tę strefę, aby zaaplikować wszystkim zmęczonym wędrowcom motywacyjnego kopa w tyłek 😉

Docierając na parking Ketetahi miałem złudną nadzieję, że znajdzie się tam przystanek i jakiś autobus, który mógłby nas podrzucić do głównej drogi. Niestety – zastaliśmy jedynie równie zmęczonych ludzi, których większość musiała, tak jak my, zebrać ostatek sił na około kilometrowy spacer do swojego samochodu (niektórzy podejmowali to wyzwanie na boso). Kiedy dotarliśmy do naszego domu na kółkach rozsiedliśmy się na trawie – nieco zmęczeni ale jednak zdecydowanie bardziej dumni z tego, że przeszliśmy całą trasę – do tego w zaplanowanych 8 godzinach, a przede wszystkim szczęśliwi, że mieliśmy przywilej podziwiać tak unikatowy spektakl natury jakim był park Tongariro. Otworzyliśmy wszystkie drzwi naszego kampera aby nieco przewietrzyć go po czekaniu na nas ponad 8 godzin w pełnym słońcu. Muszę przyznać, że nigdy nie myślałem, że ciepła Coca Cola z rozgrzanego samochodu będzie mi tak smakować 😉

Tongariro - powrót

Po krótkiej wymianie podekscytowanych wrażeń z przeprawy zaczęliśmy analizować plany na wieczór i kolejny dzień. Plan w pierwotnej wersji był dosyć luźny – nocleg gdzieś niedaleko, następnego dnia na spokojnie dojechać do Wellington, może wyjść na jakiś spacer wokół miasta i dopiero dzień później przeprawić się promem na wyspę południową i zmierzać w kierunku Kaiteriteri. Po krótkiej analizie zdecydowaliśmy się ten porządek nieco zmienić.  Po szybkim telefonie do Interislander (operator promów) udało nam się przebookować bilety o jeden dzień na godziny wieczorne. Tym samym następnego dnia musieliśmy dostać się do Wellington na przeprawę i mogliśmy się cieszyć dłuższym wypoczynkiem w Kaiteriteri. Z tego powodu planowaliśmy przejechać jeszcze dość duży dystans spod Tongariro, aby następnego dnia być w lepszej lokalizacji (czyt.: bliżej Wellington), jednak dosyć szybko zrewidowaliśmy te plany. Ja starałem się asystować w trasie i szukać noclegu, Sebastian utrzymywał świadomość i otwarte oczy za kierownicą a Piękna odpłynęła zaraz po ustaleniu gdzie będziemy nocować (Wanganui – około 1,5-2 godziny drogi). W trakcie gdy spała udało mi się znaleźć inny kamping – znacznie bliżej nas i tak oto po 30 minutach budziliśmy Piękną bo dojechaliśmy na miejsce. Jak się okazało – odpłynęła w sen tak głęboko, że nie słyszała nawet kiedy rozmawiałem przez telefon, dlatego po przebudzeniu myślała że przespała całą trasę 🙂 Ostatecznie zamiast w Wanganui zaparkowaliśmy nasz dom w Raiteihi Holiday Park.

Po dotarciu na miejsce czekała nas wieczorna rutyna – organizacja kampera, kolacja, rozliczenie wydatków za poprzednie dni po czym przesiedzieliśmy wieczór przy piwku z naszego mobilnego magazynu browarniczego omawiając tematy wszelkie – od wszystkich szczegółów naszej wyprawy na Tongariro po rozmowy na temat wierzeń, przekonań i religii (jak to często przy piwku bywa 😉 ). Ot kolejny piękny dzień naszej wyprawy marzeń. Następnego dnia czekała nas jedynie trasa do Wellington i przeprawa promowa na drugą wyspę, więc nie musieliśmy zbyt wcześnie wstawać.

Tongariro Alpine Crossing – kondycja fizyczna

No właśnie – jedną z wątpliwości, którą miałem (i która na prawdę powodowała u mnie pewien stres od dodania Tongariro do planu aż do samego wymarszu) była odpowiednia kondycja. Czytaliśmy o tym na każdym forum, blogu, w przewodniku i nawet na znakach na szlaku 🙂

Tongariro Alpine Crossing
Znak na szlaku, który mówi: „Czy pogoda jest sprzyjająca? Czy masz odpowiedni sprzęt i odzież? Czy masz wystarczającą kondycję? Jeśli choć raz odpowiedziałeś NIE – poważnie rozważ zawrócenie!”

Dla tych którzy mają wątpliwości – tak – szlak jest wymagający, ALE przy normalnej sprawności fizycznej i braku konkretnych przeciwwskazań zdrowotnych – każda zmotywowana osoba powinna sobie dać radę. Trasa pod względem technicznym nie jest trudna (nie wymaga asekuracji czy specjalistycznego sprzętu, nie jest szczególnie groźna czy wprawiająca o lęk wysokości).
Nie jesteśmy typem atletów, choć do ludzi ociężałych też nie należymy. Nie chodzimy na siłownię (choć w akcie stresu zapisałem się zimą przed wyjazdem aby nieco kardio poprawić – niewiele z tego wyszło 😉 ) a daliśmy radę. Na pewno pomógł fakt, że wraz z Piękną spacerujemy dosyć dużo (czasem ponad 20 kilometrów), jednak absolutnie nie zaliczyłbym nas do grona wytrawnych wspinaczy 😉
Najważniejsze to wygodne, dobre buty do wspinaczki i spokojne tempo (Pięknej w równym marszu pomagała też muzyka). Po drodze spotkaliśmy kobietę w wieku 80 lat, która postanowiła spełnić swoje marzenie o przejściu tego szlaku. Fakt – miała determinację, siłę woli i dodatkowo szła w towarzystwie doświadczonego przewodnika, ale pokazuje to, że z odpowiednim nastawieniem i przygotowaniem szlak może pokonać osoba w prawie każdym wieku. Poza nią spotkaliśmy parę starszych Japończyków, którzy dotrzymywali tempa nam!

Oczywiście nie twierdzę, że należy podejść do tego tematu lekceważąco! Częste spacery – zwłaszcza pod górę oraz dobry ogólny stan zdrowia to raczej niezbędne minimum. Każdy dodatkowy wysiłek w celu lepszego przygotowania sprawi, że wyprawa będzie po prostu jeszcze przyjemniejsza.

Jaki sprzęt na Tongariro?

Tongariro jako teren górzysty cechuje się zmianami pogody dlatego należy na niego się dobrze przygotować. Wysokie temperatury u podnóża nie oznaczają, że na szczycie nie zastanie was deszcz i solidny wiatr. Do tego dystans, czas który zajmuje przeprawa oraz brak jakiejkolwiek infrastruktury (poza kilkoma latrynami i toi-toiami) na trasie wymusza zabranie ze sobą kilku rzeczy. Oczywiście – można iść na ryzykanta i mijaliśmy takich ludzi. W naszym przypadku zapasowe rzeczy nie przydały się, gdyż pogoda była bardzo stabilna i ciepła, jednak warto zabrać tych dodatkowych kilkaset gramów sprzętu na wszelki wypadek niż potem marznąć w wietrze lub szukać pomocy.

Tongariro Alpine Crossing
Pomimo tego, że mijaliśmy optymistów bez plecaków, bez koszulek czy w sandałach, to odpowiedni sprzęt i odzież zdecydowanie umila przeprawę – można się skupić na widokach a nie masowaniu odcisków 😉

Ja szedłem z następującym zestawem:

  • Warstwy ubrań z tkanin syntetycznych – od T-Shirtu, przez longsleeve z wełny merino, po kurtkę przeciwwiatrową/deszczową z podpinanym polarem. Spodnie trekkingowe miałem rozpinane z nogawkami schowanymi w plecaku – ale jeśli zaczynacie marsz w krótkich spodenkach polecam zabrać na wszelki wypadek również długie spodnie. Żadnych jeansów, bawełny itp!
  • Obowiązkowa czapka przeciwsłoneczna (miałem też czapkę na zimną i wietrzną pogodę – na szczęście się nie przydała)
  • Krem z filtrem UV – aplikowany wielokrotnie i regularnie niezależnie od pogody!!!
  • Kijki – mieliśmy jeden zestaw dla Pięknej, którym podzieliliśmy się przy zejściu, ale następnym razem zdecydowanie zabrałbym zestaw również dla siebie
  • Sprawdzone buty – żadne trampki, baletki, sandały – równie dobrze można iść w łyżwach. Jeśli ktoś musi i chce kusić los – adidasy (ale podejrzewam, że będzie żałował i cierpiał). Buty najlepiej o wysokości MID lub HIGH gdyż przez kawałek zejścia schodzimy po kostki w piachu i popiele. Buty najlepiej aby były dobrze rozchodzone
  • Zapas jedzenia i zapas wody – ja zabrałem osobiście 3,5 litra (bukłak w plecaku bardzo wskazany), do tego elektrolity w proszku, batoniki energetyczne, kanapki itp. Na szlaku nie ma możliwości kupienia/uzupełnienia wody czy zrobienia zakupów
  • Okulary przeciwsłoneczne
  • Rękawice jeśli pogoda na to wskazuje (ja zabrałem – tak samo jak czapkę od zimna – pomimo słonecznej pogody )
  • Sprzęt foto wideo – zapas akumulatorów i kart pamięci mile widziany

Legenda głosi, że każdy na szlaku spotka osobę, która nie zabrała wody i na szczycie będzie żebrać wśród przechodniów, którzy de facto wodę musieli nieść za niego. Niestety też to zauważyłem – nie bądźcie jednymi z nich 😉

Ten post można by rozpisać dosyć szczegółowo lub wręcz przeciwnie – streścić do samych zdjęć. Jeśli planujecie wyprawę na Tongariro i macie pytania o jakieś detale – piszcie w komentarzach. Z chęcią pomogę 😉

Jedna myśl na temat “Nowa Zelandia – Dzień 5 – Tongariro Alpine Crossing czyli droga przez Mordor

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: