Nowa Zelandia – Dzień 4 – Rotorua, Rafting, Wai-o-Tapu, Huka Falls

Świeże powietrze obudziło mnie tego dnia o 6:00 rano – za oknem był ciepły, słoneczny poranek a z mojego miejsca miałem piękny widok na Ocean Spokojny. Pomimo tego, że wyspałem się świetnie, moją pierwszą myślą było „nie wstaję – zostaję”.

Kliknij tutaj aby pominąć opis i przejść do krótkiego podsumowania dnia, i wskazówek

Poranek mijał nam bardzo leniwie i spokojnie. Piękna dokarmiała mewy zlatujące się z rana w pobliże kamperów w poszukiwaniu resztek, Sebastian zdawał raport do kraju, a ja urzędowałem w kuchni – głównie z powodu pozostawionych tam do ładowania komórek, baterii do drona, powerbanków i wszystkiego co krzemowe. Nie skorzystaliśmy z wbudowanych gniazdek w kamperze, gdyż byliśmy przekonani, że posiadamy uszkodzoną przejściówkę. Jak się później okazało (po przebiegnięciu kilkunastu sklepów w poszukiwaniu przejściówek i przedłużaczy oraz po wydaniu kilkudziesięciu dolarów kiedy już je znalazłem), że to nie z adapterem był problem a z naszymi głowami – za każdym razem próbowaliśmy podłączyć się do gniazdka kiedy kamper był odłączony od instalacji 230v. Uświadomił nam to serwisant, kiedy z trasy zadzwoniliśmy do naszej wypożyczalni żeby zgłosić problemy z instalacją elektryczną vana 🙂

Kto rano wstaje, temu… RAFTING!

Tauranga

Tego poranka siedziałem sobie u podnóża Manganui, spoglądając na nasz domek na kółkach na tle oceanu i obmyślałem plan na dzisiejszy dzień. W naszych notatkach znalazłem wzmiankę „jeśli wystarczy czasu, można rozważyć rafting na rzece Kaiteuna”. Pomyślałem – czemu nie. Wstaliśmy wcześnie, jesteśmy wypoczęci, mamy nieco czasu – więc można by spróbować. Tym bardziej że do Wai-o-Tapu czy Huka Falls nie musieliśmy przyjechać na żadną konkretną godzinę.

Tauranga
Polując na przejściówkę do gniazdka mieliśmy przynajmniej okazję nieco bardziej poznać miasteczko i okolice

Zerknąłem na stronę podlinkowaną w notatkach i okazało się, że moglibyśmy idealnie wstrzelić się na południowy spływ. Propozycja została zaakceptowana przez komitet wycieczki, tak więc dokonaliśmy rezerwacji i zebraliśmy się w trasę (po drodze szukając wspomnianej już, niepotrzebnej przejściówki, która stała się później jednym z memów całej wyprawy 😉 ).

Krajobraz wzdłuż trasy – jak już wspomniałem – zmienia się w NZ co chwilę. Dzień wcześniej podróżowaliśmy wśród zielonych pagórków, dzisiaj z kolei wyjechaliśmy znad oceanu w otoczeniu gęstych lasów, porośniętych charakterystycznymi, kilkumetrowymi paprociami – iście jurajski widok. Na każdym zakręcie spodziewaliśmy się zobaczyć dinozaura próbującego złapać stopa. Następnie mijaliśmy równiutko rosnące lasy iglaste, po czym jechaliśmy już brzegiem jeziora Rotorua. A to wszystko na odcinku nieco ponad 60 km.

Rotorua Rafting

W tak pięknych okolicznościach przyrody (i niepowtarzalnej 😉 taki żart dla miłośników polskiego kina) dojechaliśmy na miejsce – do stacji raftingowej firmy Rotorua Rafting. Jak to zwykle w takich miejscach bywa – panuje tu bardzo luźna, iście studencka atmosfera. Zameldowaliśmy o swoim przybyciu, po czym wskoczyliśmy w ubrania, które byliśmy gotowi przemoczyć i wybraliśmy się na przymiarkę piankowych butów, kamizelek i kasków.

Jeśli chcecie zamontować sobie kamerkę na kasku – poproście o to w miarę wcześnie. Liczba kasków z montażem na GoPro była ograniczona i nie zawsze każdy rozmiar był dostępny. Z kolei kiedy wybieracie piankowe buty – wybierzcie buty ciasne i ze sprawnym zamkiem. Moje buty w czasie przymiarki były „w sam raz” i w wodzie okazały się luźne a zamek sam się odpinał co potrafiło bardzo utrudnić pływanie.

Rotorua RaftingW spływie brało udział kilka pontonów oraz kajakarze dla asekuracji, jednak w trakcie spływu nikt na nikogo nie wpadał. Wszyscy w wesołej atmosferze przygotowywaliśmy się do wyjazdu nad rzekę. Poznaliśmy też naszych współ-wiosłujących – grupkę młodych chłopaków z Danii na swojej wyprawie marzeń – tak jak my (z tą różnicą, że ich wyprawa nie trwała 3 tygodnie a 3 miesiące – przywilej bycia świeżo upieczonym absolwentem na wizie work & travel).
Rafting na rzece Kaiteuna, pomimo klasyfikacji jako kategoria 5 (najwyższa) spokojnie nadaje się dla każdego – niezależnie od wieku i doświadczenia. Przewodnicy dostosują spływ nawet pod stosunkowo młode dzieciaki. Po krótkim instruktarzu na samym początku trasy (jak wiosłować, jak przyjmować pozycję bezpieczną itp) byliśmy gotowi na czekające nas wodospady.

Nigdy wcześniej nie braliśmy udziału w raftingu – ale chyba zaczniemy robić to częściej! Problem w tym, że rafting na rzece Kaiteuna należy do najpiękniejszych i najciekawszych na świecie, z najwyższym – 7 metrowym – wodospadem wykorzystywanym w komercyjnych spływach (czyt.: dla amatorów bez specjalnego przygotowania technicznego 😉 ). Póki co trudno nam było znaleźć spływ, który mógłby to przebić – ale szukamy nadal. Jeśli macie jakieś sugestie – chętnie przeczytamy w komentarzach 😉

Rotorua Rafting

W czasie spływu nie tylko poruszamy się w dół rzeki starając się nie wypaść z pontonu, ale również skaczemy ze skał do wody, wyskakujemy z pontonu i spływamy w silnym nurcie unoszeni przez kamizelki, czy próbujemy utrzymać równowagę na stojąco grając przy tym solówkę gitarową na wiośle – przewodnicy znali wiele metod jak uatrakcyjnić całe doświadczenie. Poza atrakcjami i bezpieczeństwem, przywiązywali oni też dużą wagę do znaczenia świętej rzeki Kaiteuna w kulturze maoryskiej – włącznie ze wspólnym odmówieniem „modlitwy” do maoryskich bogów o pozwolenie na bezpieczny spływ (jak widać – nie zawsze działa).

Rotorua Rafting
Z 7 metrów spada się dużo szybciej niż się wydaje. Na zdjęciach może tej wysokości nie widać – ale na żywo na prawdę robiła wrażenie

Oczywiście spływając ze wspomnianego 7-metrowego wodospadu wywróciliśmy się – co znowu było przygodą samą w sobie, która nieco podniosła poziom adrenaliny (a u rodziny w Polsce ta anegdota spowodowała panikę, że mieliśmy wypadek i jesteśmy w szpitalu 😉 ). Najpierw utknąłem pod wodą będąc pod kimś innym, następnie wypłynąłem pod pontonem a kiedy znalazłem się poza nim – nie było już się czego złapać, bo przewodnik przygotowywał się do odwrócenia pontonu. Na dodatek moje luźne buty zaczęły się luzować, co nieco utrudniało dopłynięcie tam gdzie chciałem (chyba że spisałbym buty na straty). Usłyszałem jedynie komendę „puszczać ponton!”, więc posłusznie, z pełnym zaufaniem i bez zastanowienia puściłem linę i dałem się ponieść nurtowi. Na szczęście przejął mnie przewodnik z drugiego pontonu i asekurował ratownik w kajaku. Ich pełen profesjonalizm sprawiał, że coś co mogło uchodzić za nerwowe przeżycie, było w rzeczywistości świetną zabawą pełną adrenaliny. Pięknej spodobało się tak bardzo, że wręcz rozważała podjęcie tej ścieżki jako kariery zawodowej 🙂 Samemu przeszło mi to przez myśl, kiedy na początku trasy, wśród bujnej zieleni i szumiących wodospadów, jeden z przewodników przywitał wszystkich słowami „Witajcie w naszym biurze! Dziękujemy, bo dzięki wam możemy w nim pracować”.

Rotorua Rafting
Wszystkie elementy tego układu choreograficznego były oczywiście celowo planowane 😉
Rotorua Rafting
Wywrotka może nie jest najbardziej stylowym sposobem na pokonywanie wodospadów, ale zdecydowanie najzabawniejszym 😉

Przed ostatnim przystankiem otrzymaliśmy wyraźne ostrzeżenie i zestaw instrukcji na różne wypadki. Generalnie instrukcja brzmiała: „jeśli z jakiegokolwiek powodu wypadniecie – rzucacie wszystko (w tym nieszczęsne, luźne buty 😉 ) i za wszelką cenę płyniecie do tamtego miejsca. Jeśli nurt pociągnie was w dół, to będziecie mieli spory problem.” Pocieszające – prawda? 🙂 Na szczęście ostatni odcinek nie był specjalnie trudny, więc wystarczyło jedynie żwawo wiosłować aby dobić do brzegu.

Po wszystkim każda ekipa odniosła swój ponton na przyczepkę i udaliśmy się do siedziby, gdzie rozłożeni w wygodnych bean-bagach podziwialiśmy świetne zdjęcia wykonane przez panią fotograf, poznawaliśmy nowych znajomych i przeżywaliśmy jeszcze raz całą trasę.

W naszych planach rafting był opcjonalny, ale jeśli planujecie swoją wprawę i wybieracie się w region Rotorua (który trudno ominąć) to gorąco zachęcamy żebyście umieścili rafting w swoich planach. Jeśli martwicie się o kwestie bezpieczeństwa lub własne umiejętności, to mogę was uspokoić – organizatorzy potrafili zawsze zbalansować dobrą zabawę i zdrowy rozsądek, przez co cały wypad był wypełniony uśmiechami a nie strachem.

Wai-O-Tapu Thermal Track – surrealistyczne oblicze Rotoruy

Po raftingu pożegnaliśmy się z naszymi duńskimi kolegami i ruszyliśmy w dalszą trasę. Naszym ostatecznym celem było, aby pod koniec dnia znaleźć się jak najbliżej Parku Narodowego Tongariro (dalej nie wiedzieliśmy jeszcze gdzie będziemy nocować). Po drodze mieliśmy jeszcze jeden punkt obowiązkowy i jeden punkt opcjonalny.
Punktem opcjonalnym była mała trasa spacerowa Hammer Springs znajdująca się po drodze. Po dojechaniu na miejsce stwierdziliśmy jednak że czas nam ucieka, a płacenie $18 za osobę aby szybko tylko przebiec przez trasę zamiast się nią nacieszyć nie ma sensu. Z perspektywy czasu widzę, że była to trudna ale dobra decyzja – inaczej na miejsce dojechalibyśmy pewnie po północy.

Wai-O-Tapu
Trudno sobie wyobrazić, że tak właśnie mogła kiedyś wyglądać powierzchnia ziemi

Z kolei obowiązkową atrakcją na naszej trasie był Wai-O-Tapu Thermal Wonderland. Cały region Rotoruy i Taupo jest aktywny tektonicznie – dzięki temu możemy nacieszyć oczy takimi widokami jak Wai-O-Tapu. W parku tym znajdziemy przerozmaite źródła, we wszystkich kolorach i odcieniach, wybijające spod ziemi z wysoką temperaturą i wypłukujące rozmaite pierwiastki, które nadają im barwy niczym z palety surrealistycznego malarza. Cały park, gdyby tylko wyciąć drzewa widoczne na horyzoncie i porastające tu i ówdzie krzaki, sprawiał wrażenie jakbym chodził po dopiero co zastygniętej kilka miliardów lat temu ziemi. Musicie się przygotować na mocne zapachy – łatwo sobie wyobrazić jak może pachnieć w okolicy parującego jeziora zabarwionego od siarki 😉

Wai-O-Tapu

Po parku spaceruje się samodzielnie po wytyczonej trasie. Wejście na teren obiektu znajduje się w tym samym kompleksie co sklep z pamiątkami i restauracja a zaraz obok znajduje się obszerny parking. Nam udało dojechać się na miejsce już jako jednej z ostatnich grup, które były wpuszczane na teren parku – dlatego jeśli planujecie przyjechać na ostatnią chwilę – upewnijcie się nie tylko jakie są godziny otwarcia ale do której wpuszczani są ostatni goście.
Wybierając się na spacer po Wai-O-Tapu koniecznie pamiętajcie o zabraniu czegoś do picia, nakrycia głowy i ewentualnie krem do opalania. W upalny dzień na terenie parku nie ma za bardzo gdzie się schronić czy napić – jedynie w okolicy sklepu z pamiątkami, który znajduje się przy wejściu. Z oczywistych względów woda na terenie parku, która bardziej składem przypomina kwas z baterii a nie wodę, nie nadaje się do spożycia czy nawet przemycia twarzy. Po parku należy poruszać się w pełnym obuwiu.

Wai-O-Tapu

Trasa parku była dobrze oznaczona – podążajcie za znakami aby nie ominąć żadnego widoku. Warto też zapoznawać się z tablicami informacyjnymi, które pomogą lepiej zrozumieć to niezwykłe otoczenie (jak już wspomniałem – osobiście czytam wszystko, włącznie z instrukcjami bhp 😉 ). Na mnie park Wai-O-Tapu był bardzo ciekawym miejscem, innym niż wszystko co zazwyczaj uznaje się za atrakcje turystyczne. Groty z gotującym się błotem, seledynowo-zielone jeziora, rzeki kwasu mieszające się z jeziorami słodkiej wody czy wręcz parujące, tęczowe jeziora to jednak widok trudny do zobaczenia gdziekolwiek indziej w jednym miejscu. W Wai-O-Tapu mamy to na wyciągnięcie ręki w trakcie jednego spaceru.
Zapewne dla wielu ludzi park może nie być aż tak ciekawy jak to wygląda na zdjęciach. Mi się podobało, choć uważam, że można by je pominąć w jednym z poniższych przypadków:

  • Jeśli pada deszcz – chodzenie po parku bez miejsca do schronienia może nie być tak atrakcyjne
  • Jeśli macie bardzo szczupły budżet i każdy bilet wstępu się liczy a na dodatek nie jesteście fanami geologii lub wyobrażania sobie innego świata oraz tego jak takie miejsca mogły kształtować lokalną, maoryską kulturę
  • Jeśli macie bardzo (ale to BAARDZO) napięty harmonogram, mało czasu i zachodzi przynajmniej jeden z powyższych warunków

Jeśli jednak jesteście ciekawi i chcecie zobaczyć coś innego, nietypowego, macie budżet i czas – nie wyobrażam sobie ominięcia miejsca, które jest niepowtarzalne w skali świata.

Wai-O-TapuWychodziliśmy z parku w okolicach godzin jego zamknięcia. Już myślałem, że uda nam się ominąć moje personalne, małe piekło jakim są sklepy z pamiątkami, jednak ten nadal był otwarty. Można w nim się zaopatrzyć m.in. we wszelkiego typu maseczki i wyroby kosmetyczne na bazie mineralnych ziem Rotoruy i innyh lokalnych składników – co stanowiło idealną przynętę na moją Piękną (i na Sebastiana jak się okazało też 😛 ale raczej z innych powodów). Zdaniem Pięknej błotna maseczka z Rotoruy była świetna i nie do porównania z innymi tego typu produktami.

Ok 17:30 siedzieliśmy już na parkingu pod parkiem, przygotowując przy jednym ze stoliczków tradycyjną, nowozelandzką obiadokolację w naszym wydaniu: bułki z szynką lub humusem (które w czwartego dnia wszyscy jeszcze wcinaliśmy bez oporu 😉 ). Wtedy zaczęliśmy też szukać, gdzie by tu przenocować.

Roadtrip
Tam kuchnia twoja, gdzie kamper twój – kolejna zaleta podróżowania mobilnym domem

Musieliśmy dojechać jak najbliżej Tongariro oraz, jeśli to możliwe, podjechać zobaczyć Huka Falls, które znajdowało się na naszej trasie. Nie było to takie proste, gdyż niektóre recepcje już się zamykały. Na szczeście znowu mogliśmy poznać nowozelandzką gościnność: po telefonie na jeden z kempingów właściciel zaproponował, że prześle nam wszystkie informacje i mapkę emailem, włącznie z kodami do drzwi, sali z basenami termalnymi itp. Jedyna informacja którą uzyskał to numer karty płatniczej (nawet bez imienia i nazwiska).

Dla nieprzyzwyczajonych: Podawanie numerów karty kredytowej przez telefon – włącznie ze wszystkimi detalami – jest czymś absolutnie normalnie praktykowanym w Nowej Zelandii (ale też w wielu innych krajach). Dlatego niech was to nie martwi lub nie zaskoczy.

Tym samym zebraliśmy się w nasz wehikuł i ruszyliśmy w kierunku Huka Falls

Huka Falls – siła natury w surowej postaci

Huka FallsKiedy dojeżdżaliśmy w okolice wodospadu słońce już powoli chyliło się ku zachodowi. Na dodatek daliśmy się zwieść jednemu z przydrożnych znaków, który mówił „Huka Falls – 20 minut pieszo”. Zaparkowaliśmy więc w okolicy tego znaku i udaliśmy się na spacer. Jak się później okazało – 20 minut oznaczało 45 minut spaceru, zaś sam znak został postawiony prawdopodobnie przez właściciela pobliskiej knajpki aby wabić turystów. Słuchajcie GPSu a wtedy dojedziecie pod same wodospady, skąd w 5 minut (takie prawdziwe 5 minut) dojdziecie na miejsce.

O samym Huka Falls nie ma zbytnio co pisać. Po prostu trzeba tam pójść i zobaczyć siłę natury w akcji. Stojąc na pomoście ponad wodospadem słyszymy huk rwącej wody i widzimy jej masy przepływające pod naszymi stopami. Aż trudno sobie wyobrazić, że czasem pływają tamtędy kajakarze.

Huka Falls
Słońce już powoli zachodziło (stąd ciemnawe zdjęcia), jednak zdecydowanie warto było zatrzymać się przy Huka Falls.

Po krótkim napawaniu się widokiem (i odgłosami – ten huk wody pozostaje w pamięci), musieliśmy się zbierać do samochodu. Powoli robiło się już ciemno a nas przecież czekał jeszcze ponad półgodzinny spacer do fałszywego parkingu. Na dodatek przed wybraniem się na Tongariro Alpine Crossing następnego dnia musieliśmy uzupełnić spiżarnię (i zapasy piwa, które po całej przeprawie miały złagodzić zakwasy 😉 ). Udaliśmy się do miejscowości Taupo, zakupiliśmy skrzyneczkę Summit Lagera i parę innych artykułów pierwszej potrzeby i udaliśmy się na nasz kemping – Oasis Motel & Caravan Park Tokaanu. Dojechaliśmy tam grubo po 22:00. Sam kemping może nie należał do najnowocześniejszych, ale po tak intensywnym dniu chcieliśmy się tylko wyspać. Poza bardzo pomocną obsługą (którą poznaliśmy jedynie przez telefon w czasie rezerwacji), pozytywną niespodzianką były gorące baseny termalne. Były to niewielkie pokoiki, z czymś co wyglądało jak antyczna, kamienna wanna wypełniona wrzątkiem pompowanym wprost z geotermalnych źródeł pod nami – cudo! Na Tongariro najlepiej wybrać się jak najwcześniej rano, więc przygotowaliśmy wszystko jeszcze tej nocy i poszliśmy spać o 00:30.

Zasypiając wyjrzałem przez okno i widziałem gęsto rozgwieżdżone niebo (nigdzie w okolicy nie było innych źródeł światła). Obudziłem się widząc ocean, zasypiam patrząc na gwiazdy – to był kolejny świetny dzień na końcu świata – pomyślałem. Nie tylko dlatego, że tak cieszyłem się okolicznościami przyrody i miejscem, w którym byliśmy, ale także po to aby zagłuszyć nieco moje obawy w głowie przed tym co czekało nas następnego dnia – czyli dosłownie: wyprawą do Mordoru wiodącą przez szlak Tongariro Alpine Crossing 😉


Podsumowanie – Dzień 4

mapa-4

Trasa

Mount Manganui – Rotorua Rafting – Wai-o-Tapu – Huka Falls – Tokaanu – 220 km.

Nocleg

Oasis Motel & Caravan Park Tokaanu, ale jest wiele ciekawych alternatyw – w tym kempingi nad samym jeziorem Taupo.

Niezbyt nowoczesny ośrodek, ale posiadający wszystko co potrzebne plus przyjemny gratis w postaci bezpłatnych łaźni termalnych. Zlokalizowany bardzo blisko Parku Narodowego Tongariro – co było dla nas kluczowym argumentem.

Atrakcje

  • Rotorua Rafting – jeśli tylko macie czas – polecamy. Sam spływ zajmuje około 15 minut jeśli dobrze pamiętam, ale zarezerwujcie sobie na całość ok 1,5 godziny.
  • Wai-O-Tapu Thermal Track i/lub inne części parku Wai-O-Tapu. Nam powolny spacerek po trasie zajął nieco ponad godzinę.
  • Huka Falls – jest po drodze do celu – na prawdę warto się zatrzymać
  • Rotorua Ludge – zjazd po torze w małych „samochodzikach” – nie byliśmy (brak czasu) ale polecała go załoga Rotorua Rafting. Byliśmy za to na Ludgu w Queenstown – na prawdę przednia zabawa!

W regionie Rotorua znajduje się na pewno jeszcze wiele innych atrakcji (w tym zapewne świetne kurorty termalne), trasy spacerowe w okolicy jeziora Taupo itp. Jeśli macie więcej czasu, warto poszukać czegoś dla siebie.

Ceny (w NZD)

  • Rafting – $85 / osobę
  • Zdjęcia z raftingu – $40 / pendrive (można podzielić koszt z resztą ekipy)
  • Wai-O-Tapu Thermal Track – $32
  • Kosmetyki na bazie minerałów Rotoruy – $23
  • Paliwo „do pełna” – BP Wairakei – $59
  • Zakupy dla 3 osób w Countdown Taupo – $116
  • Nocleg – miejsce postojowe z podłączeniem do prądu – $66 ($22 / os)

Zarezerwuj z wyprzedzeniem

Rafting rezerwowaliśmy tego samego dnia rano – nie powinno z tym być problemu. Jeśli jechalibyśmy drugi raz, to raczej zarezerwowałbym z wyprzedzeniem, żeby tak świetna atrakcja nas nie ominęła 😉
Wai-O-Tapu również nie wymaga rezerwacji. Ze znalezieniem wolnych miejsc noclegowych również nie było problemu.

Wskazówki

  • Na Wai-O-Tapu koniecznie zabrać nakrycie głowy, pełne buty, krem z filtrem i coś do picia.
  • Nie dajcie się zwieść fałszywym parkingom i znakom przy Huka Falls – dojedzcie na samo miejsce, w które prowadzi GPS. Inaczej będziecie spacerowali przez niespełna godzinę co chwilę mijając znak Huka Falls -> 15 minut 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: