Nowa Zelandia – Dzień 2 – Waitomo

Główne zdjęcie nie pokazuje najważniejszej atrakcji tego dnia. Powód jest prozaiczny – atrakcją dnia były świecące jaskinie Waitomo, w których obowiązuje bezwzględny zakaz filmowania i fotografowania. Aby więc nie narazić się Maoryskim bogom przestrzegaliśmy zakazu, a pamiątkowe zdjęcia wykonaliśmy w najbliższej, przepięknej okolicy (po której widać, że zbliżamy się do Hobbitonu 😉 ). Ale po kolei…

bty
Pogoda pierwszego dnia może nie wyglądała na najlepszą, a prognozy nie były obiecujące, co zagrażało naszym planom na następny dzień.

Pierwsze co zobaczyłem po przebudzeniu się drugiego dnia za oknem to dosyć intensywna ściana letniego deszczu. Ten niezbyt optymistyczny widok rekompensował fakt, że wyspałem się za kilka ostatnich lat. Opłacało się cały poprzedni dzień spędzić na spacerach zamiast spaniu. Obudziliśmy się w miarę przytomni (wystarczająco aby zdać poranny raport do kraju 😉 ). Większość rzeczy mieliśmy nadal spakowane w torbach i plecakach, jednak niektóre, jak jedzenie, ładowarki itp były używane do ostatniej chwili. Wtedy Piękna jeszcze zajadała bułeczki ze smakiem (długa historia 😉 ). Ostatnie rzeczy pakowaliśmy, zgodnie z podjętą tradycją last-call, w ostatnim momencie kiedy zadzwonił telefon z portierni, że nasz transport już czeka. Miał nas zabrać do wypożyczalni kamperów Wendekreisen.

Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, powitała nas wspomniana ściana deszczu. Trzeba przyznać, że kiedy w Nowej Zelandii pada, to pada całkiem porządnie. Nie martwiło nas to zbytnio, gdyż większość dnia mieliśmy spędzić pod zadaszeniem – w kamperze przemieszczając się do Waitomo lub we wspomnianych już, słynnych jaskiniach. Z resztą, jadąc do Nowej Zelandii, nawet latem, należy liczyć się z deszczową pogodą. Ta głównie zależy od regionu i wyspy, jednak deszcz może się zdarzyć w każdej z nich. Tak więc niezrażeni aurą, z optymizmem reprezentowanym przez krótkie spodenki, spakowaliśmy w pośpiechu walizki do bagażnika i ruszyliśmy z naszym kierowcą. Okazał się nim przesympatyczny nauczyciel z Fiji, który przybył do Nowej Zelandii ponad 20 lat temu. Zarażając swoim optymizmem opowiadał nam o zaletach wyspiarskiego życia, zapraszając nas do odwiedzenia swojej ojczyzny. Kiedy wspomniałem, że Fiji jest akurat moim marzeniem, którego niestety nie spełnimy w czasie tego wyjazdu, ucieszył się na sam fakt, że w ogóle o jego maleńkim Fiji słyszeliśmy w tak odległej i egzotycznej krainie jak Polska 🙂 W takiej to przyjemnej atmosferze upływała nam trasa autostradami Auckland, a w tle bujało nas, dochodzące z samochodowych głośników, przyjemne reggae. Po odstawieniu nas na miejsce dostaliśmy od naszego kierowcy kilka praktycznych wskazówek odnośnie lokalnych sklepów. Te kilkadziesiąt minut przypomniało nam w momencie wyspiarską mentalność i otwartość, z którą spotkaliśmy się na Arubie. Przez chwilę poczuliśmy się jakbyśmy byli na wakacjach w trakcie wakacji… A może po prostu naoglądałem się w samolocie Incepcji i wracała do mnie w postaci jet-lagowych halucynacji – ciężko powiedzieć 😉

Kampervan – nasz nowy dom na kółkach

Nasz kolejny środek transportu był owocem długiego poszukiwania, między innymi dlatego, że niełatwo było znaleźć małego, budżetowego kampera, na 3 dorosłe osoby, który zapewniałby pewien stopień komfortu. W końcu miał to być nasz dom na najbliższe 3 tygodnie. Mimo tego udało nam się znaleźć opcję, która spełniała nasze wymagania – zarówno jakościowe jak i budżetowe. Chętnie jeszcze raz zamieniłbym mieszkanie na taki właśnie domek w NZ. Tak prezentował się on na zdjęciach:

 

Wypożyczenie kampera przebiegło szybko i bezproblemowo. Podstawowa papierkologia, oświadczenia (oczywiście, że wszyscy znają nowozelandzkie przepisy drogowe i znaki na zakrętach – prawda Piękna? 😀 ), oględziny i pokaz obsługi naszego nowego domu i nie pozostało nic innego jak ruszyć w drogę.

IMG_0782

Dokonując oględzin w deszczu łatwo przeoczyć niektóre detale na mokrym samochodzie – my dostrzegliśmy mały ubytek na szybie dopiero po 2 godzinach jazdy. Na szczęście mieliśmy pełne ubezpieczenie szyb samochodu więc obyło się bez problemów. W takim wypadku zgłaszajcie sprawę od razu wypożyczalni i przede wszystkim przyjrzyjcie się szybom przed odebraniem samochodu, zwłaszcza jeśli nie macie takiego ubezpieczenia. Na wielu tamtejszych drogach BARDZO łatwo o tego typu uszkodzenia szyb – miejcie to na uwadze.

Jeszcze przed wyjazdem wziąłem na siebie to zobowiązanie, tym bardziej, że byłem dobrze przygotowany i zorientowany w najbliższej okolicy – nigdy się przecież w Nowej Zelandii nie zgubiłem 😉 Miałem swoje obawy związane z prowadzeniem, jakby nie było, leciwego kampera, jednak ten okazał się być przyjemniejszy w prowadzeniu niż się wydawało. Po spędzeniu chwili na wprowadzaniu trasy do GPSa ruszyliśmy na kolejne zakupy do Countdown – tym razem nieco większe. Zatowarowaliśmy wszystkie przegródki kampera tym co niezbędne (jak kilogram mielonki – prawda Sebastian? 😀 ), a zwłaszcza kartonem nowozelandzkiego piwa. Tak – piwa tutaj kupuje się na kartony – to jedyna sensowna jednostka, kiedy większość butelek czy puszek ma objętość 0,33 litra 😉 Jeśli tak jak my staniecie w konsternacji przed półką z piwem – polecamy 2 lokalne marki: Steinlager i Summit Lager 😉

Przygotowani na niespodziewane ruszyliśmy w trasę, w kierunku naszego pierwszego przystanku – Waitomo.

bty
Nawet w pochmurną pogodę najzwyklejsze widoki za oknem potrafiły przykuwać oko na długą chwilę.

W perspektywie całego wyjazdu, była to najzwyklejsza przejażdżka, w otoczeniu typowego, północnego krajobrazu – zielonych pagórków, niezbyt wiele zwierząt, proste odcinki dróg. Jednak w tamtym momencie (jak i przez cały wyjazd w sumie) wszystko nas zachwycało – nawet niektóre rowy przy drogach wyglądały jak miniaturowe lasy, porośnięte gęsto paprociami.

Kiedy jeszcze planowaliśmy wyjazd, obawiałem się nieco, czy pokonywanie długich odcinków i spędzanie dosyć dużo czasu, w trójkę, w jednym rzędzie w kamperze – czy nie będzie to wszystko męczące. Jeśli macie podobne obawy – możecie być spokojni. Wyobraźcie sobie, że pokonujecie trasę, podnosicie wzrok znad telefonu, mapy, czy książki i nieważne kiedy to zrobicie – za każdym razem za oknem widzicie piękny widok. I tak godzinami, a widoki zmieniają się praktycznie co 100 kilometrów. Nie sposób się męczyć taką jazdą – nawet jeśli nieco pada deszcz. Czas mija,  nawet nie wiadomo kiedy.

Plan na ten dzień był taki, aby wykorzystać ten prosty i stosunkowo długi odcinek drogi, aby każdy mógł spróbować sił jako kierowca. Dlatego mniej więcej w połowie drogi do Waitomo stery przekazałem Sebastianowi i…. to tyle jeździłem w Nowej Zelandii. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale do samego końca zabezpieczałem pozycję kierowcy rezerwowego, na momenty, w których wszyscy inni byliby już padnięci (tak to ambitnie nazywam 😉 ). W praktyce Piękna i Sebastian prowadzili świetnie i komfortowo, a ja mogłem spokojnie podziwiać widoczki – wszystkim to status quo odpowiadało.

IMG_0778
Na parkingu gdzie zamienialiśmy się kierownicą spotkaliśmy innych podróżników. Trzeba przyznać, że na emeryturze można podróżować z klasą 😉 Ładne, zadbane, klasyczne samochody nie były rzadkim widokiem w Nowej Zelandii.

Świecące Jaskinie Waitomo (Waitomo Glowworm Caves)

Mówiąc o jaskiniach Waitomo, mówimy tak na prawdę o kompleksie ok 400 jaskiń. Kilka z nich przystosowanych jest do łatwego zwiedzania z przewodnikiem. W naszych planach mieliśmy odwiedzenie najsłynniejszej z nich, czyli wspomnianych świecących jaskiń. Inne są równie ciekawe, niektóre oferują dodatkowe atrakcje, jak black water rafting. Jednak nie mogliśmy z nich zbytnio skorzystać z racji ograniczonego czasu w tej okolicy.

Do Waitomo dojechaliśmy na czas. Mieliśmy zarezerwowane już wcześniej bilety na godzinę 16:00. Parking w okolicy mini-kompleksu przy wejściu do jaskini jest bardzo obszerny i z łatwością mogliśmy znaleźć miejsce na kampera. Dojście na miejsce zajmuje minutę. Co do ubioru – nie trzeba się zbyt ciepło ubierać. Niebo tego dnia było zachmurzone, jednak temperatura i wilgotność były dosyć wysokie. W jaskini jednak nie było zimno a przyjemnie chłodno.
Zanim tam jednak dotarliśmy, zaczekaliśmy na naszego przewodnika. W ofercie znajdują się przewodnicy w różnych językach, jednak polski nie znajduje się na liście. Warto upewnić się, że ktoś wam tłumaczy wszystkie ciekawostki bo tych jest na prawdę wiele.

Waitomo
Do wejścia i wyjścia z jaskini wiedzie nas krótka ścieżka spacerowa prowadząca przez gęsto porośnięty (i wilgotny 😉 ) las deszczowy.

Wraz z maoryskim przewodnikiem przechodziliśmy najpierw przez korytarze jaskini, zatrzymując się przy co ciekawszych punktach czy grotach, które wypełniał na prawdę ciekawymi opowiadaniami – od historii, przez kulturę po geologię. Korytarze są szerokie i świetnie przygotowane, dlatego nie trzeba jakoś specjalnie się przygotowywać, chociaż odradzałbym oczywiście otwarte obuwie.

Jaskinia w kulturze maoryskiej uznawana była za świętą. Dopiero przybycie Brytyjczyków rozpoczęło udostępnienie jej zwiedzającym. Na początku mogło to być zaledwie kilka osób dziennie, ze względu na to, że dym z lamp naftowych, świec i innych źródeł światła używanych w tamtych czasach, który gromadził się w zakamarkach jaskini. Przechodząc przez poszczególne poziomy, możemy zobaczyć, gdzie znajdowały się stare „wejścia” do grot. Schodziło się po nich na linach – czasem kilka metrów w dół. Warto sobie wyobrazić, że czasem jaskinie odwiedzały damy, tradycyjnie ubrane w dosyć… obszerne suknie. Jeśli ktoś woli oglądać zamiast wyobrażać sobie – może zobaczyć niektóre archiwalne zdjęcia na tablicy na przeciwko toalet na zewnątrz – przy kompleksie.
Z innych ciekawostek – okazuje się, że w przypadku trzęsienia ziemi (które w tym regionie nie należą do rzadkości) najbezpieczniejszym schronieniem są właśnie te jaskinie. Zawdzięczają to odpowiedniej budowie geologicznej, która amortyzuje wstrząsy.

Ostatnim przystankiem są słynne sklepienia oświecone tysiącami „robaczków” – a tak właściwie larw pewnego owada wielkości komara. Świecą aby zwabić ofiary, które następnie uśmiercają małymi parzydełkami. Romantycznie – prawda? 🙂
Jak już wspomniałem – w jaskiniach niestety nie można wykonywać żadnych zdjęć ani filmów. Samą jaskinię zwiedza się w kompletnej ciszy i ciemności, płynąć przez jaskinię w małych łódkach a nad nami, niczym rozgwieżdżone niebo, świecą wspomniane robaczki. Przeprawa nie trwa długo, ale wystarczająco aby nacieszyć oczy. Sklepienia były czasem tak blisko nas, że musieliśmy robić uniki przed skałami, aby uniknąć dosyć poważnych obrażeń – tak więc rozglądając się, bądźcie świadomi swojego otoczenia 😉

waitomo
Dla zobrazowania tego widoku – zdjęcie Świecących Jaskiń zaczerpnięte z Google (zgodnie z licencją do ponownego użytku).

Moim zdaniem zdecydowanie warto było zatrzymać się w Waitomo, tym bardziej, że nie musieliśmy zbyt sporo odbijać od Auckland. Tego typu zjawisko można obserwować tylko w kilku (bodajże 4) miejscach w Nowej Zelandii oraz w jednej jaskini w USA.

Oczywiście po zakończonej wycieczce nie mogło obyć się bez odwiedzin… sklepu z pamiątkami. To zdanie będzie pewnie padało dosyć często, gdyż zarówno Piękna jak i Sebastian okazali się wielkimi fanami zwiedzania takich przybytków. Tak więc kapitalizm i demokracja wzięły górę.
W przypadku Waitomo sklep z pamiątkami wydaje się dobrym pomysłem, gdyż w całym kompleksie obowiązuje zakaz fotografowania. Dlatego jedyne pamiątki można nabyć własnie w takich sklepach, zaś jedyne zdjęcia które można zrobić to fotomontaże na tle zielonego ekranu.

Poza typowymi pamiątkami, chciałem jak najszybciej zakupić jakieś nakrycie głowy. Razem z Sebastianem upatrzyliśmy takie same czapeczki, które w toku całej podróży zostały ochrzczone przez pot krew i łzy. Niestety – moja czapka nie sprostała ciężkim warunkom wyprawy i została porwana przez siły natury pod koniec wyjazdu 😉

Macie siły? Spacer po okolicy!

bty
Nawet niewielkie szlaki spacerowe są w Nowej Zelandii często spotykane i dobrze oznaczone. Jednak czasy przejścia podawane na nich często brałbym z marginesem 😉

Ku naszemu zaskoczeniu, po zakończeniu wycieczki po jaskiniach, mieliśmy jeszcze siły na więcej. Nieopodal wyjścia z jaskiń zauważyliśmy znaki prowadzące na pobliskie szlaki spacerowe. Mieliśmy w planie jeszcze przejazd na zarezerwowane wcześniej pole kempingowe w Cambridge, aby następnego dnia być nieco bliżej naszego celu. Dlatego nie sprawdzając szczególnie gdzie idziemy, weszliśmy po prostu na jeden ze szlaków. Stwierdziliśmy, że zawrócimy kiedy skończy nam się czas.

Okolica była bardzo malownicza. Prowadziła na przemian przez coś, co można by nazwać lasem deszczowym i otwartymi, zielonymi łąkami i pagórkami. Drobnym błędem było to, że po stosunkowo deszczowej pogodzie nie założyliśmy bardziej odpowiedniego obuwia. Sebastian próbował doczyścić swoje adidasy do końca wyjazdu, po tym jak był „zobaczyć co jest za górką” ( 😉 ). Mi cała ta sceneria i otwarta przestrzeń bardzo odpowiadały – tym bardziej, że w pobliży nie było żadnych, nawet małych lotnisk, które w Nowej Zelandii usłane są względnie gęsto i często ograniczają możliwość bezpiecznego latania dronem.

Waitomo
W okolicy naszej trasy spacerowej.

Po powrocie na parking udaliśmy się w kierunku naszego noclegu – Cambridge. Nie mieliśmy do przejechania zbyt wiele. Czas ten znów szybko zleciał na podziwianiu pięknych widoków i trwających od momentu lądowania w Auckland „pierwszych zachwytów” Nową Zelandią, które przerywane były okazjonalnym karaoke w rytm kilku playlist (ściągnijcie sobie dużo muzyki offline! Inaczej będziecie wiecznie słuchać 3-4 tych samym playlist 😉 ).

Na nocleg wybraliśmy pole należące do sieci Top 10 Holiday Park w Cambridge. W większości wypadków gwarantują one zazwyczaj przyzwoite warunki. Kemping był położony w głębi miejscowości, dosyć daleko od głównej drogi, ale ostatecznie dojechaliśmy na miejsce – znowu zgodnie z tradycją „last call” – w ostatnim momencie. Dosłownie dojeżdżając do bramy kempingu odebrałem telefon z portierni z pytaniem, czy dojedziemy na czas, bo planują już zamykać. Ja osobiście nie nazywam tego dojechaniem na ostatnią chwilę, a perfekcyjnie obliczonym i opracowanym planem 😉
Dopiero później mieliśmy się przekonać, że recepcje kempingów zamykają się pomiędzy 19:00 a 21:00 co czasem może powodować problemy ze znalezieniem miejsca na postój.

Kamperem przez Nową Zelandię
Na wyposażeniu mieliśmy krzesła ogrodowe – ogród był tam gdzie parkowaliśmy

Pierwsza noc w kamperze była wbrew pozorom bardzo naturalna i przyjemna. Do tego adaptację ułatwiają bardzo zadbane i dobrze wyposażone pola kempingowe. Po zaparkowaniu w ruch poszły wszystkie sprzęty – od ładowarek, przez lampki po rzeczy do przyrządzania jedzenia i oczywiście nasza mała, piwna spiżarnia.
Po szybkiej kolacji i rozłożeniu górnego łóżka (co trochę trwało i stwarzało zagrożenie dla ludzi w pobliżu 😉 ) mogliśmy w końcu udać się spać. Chwilę zajęło przyzwyczajenie się do uginających się pod ciężarem Sebastiana płyt, które stanowiły jego pryczę, ale przeżyliśmy wszyscy tę pierwszą noc bez żadnych złamań.

Zasypiając, z niecierpliwością czekałem na kolejny dzień; kolejne kilometry i kolejne niespodzianki. A było ich trochę, począwszy od Hobbitonu… My Precioussss….


 

Podsumowanie – Dzień 2

mapa-2Trasa

Auckland – Waitomo (180 km)
Waitomo – Cambridge (65 km)

Nocleg

Aby następnego dnia być bliżej Hobbitonu cofnęliśmy się do Cambridge na kamping zrzeszony w Top 10 Holiday Park.
Plan awaryjny na wypadek braku sił: nocleg w Top 10 Waitomo lub w Te Awamutu.

 

Atrakcje

Główna atrakcja to odebranie kampera i dojechanie nim cało do Waitomo. Tam czeka druga atrakcja – świecące jaskinie. Zależnie od ilości wolnego czasu i budżetu warto zainteresować się pozostałymi jaskiniami tego regionu – często są dostępne w ramach biletu łączonego.

W razie zapasu energii można udać się na spacer szlakiem Waitomo Walkway zaczynającym się zaraz w okolicy wejścia do świecących jaskiń.

Ceny (w NZD)

  • Wynajem kampera został opłacony w całości wcześniej – $3300. Przy odbieraniu nie musieliśmy płacić depozytu a jedynie pozostawić „imprint” karty kredytowej.
  • Uzupełniające zakupy spożywcze (po odebraniu kampera mogliśmy go w końcu zatowarować) – $195
  • Sushi dla Pięknej – $9.50
  • Bilet wstępu do świecących jaskiń Waitomo – $51
  • Pamiątki, zdjęcia, czapeczka w sklepie z pamiątkami – $67
  • Nocleg – miejsce postojowe bez podłączenia do prądu –
    Cambridge Top 10 Holiday Park – $66 ($22 / os.)

Zarezerwuj z wyprzedzeniem

  • Noclegów nie trzeba rezerwować z wyprzedzeniem – zwłaszcza w Cambridge, które nie wydawało się zbytnio zatłoczone.
  • Bilety do jaskiń Waitomo warto zarezerwować wcześniej, zwłaszcza jeśli zależy wam na konkretnej godzinie, tym bardziej że wielkość grup jest ograniczona ilością i miejscem w łódkach. Jeśli jednak nie macie rezerwacji – zadzwońcie dzień wcześniej i na pewno znajdzie się dla was okno czasowe.

Wskazówki

  • Zaraz po odebraniu kampera udajcie się na zakupy uzupełniające
  • Wyjazd z Auckland nie jest trudny, drogi są świetnie oznakowane. Jeśli jest wśród was kierowca z obawami lub bez doświadczenia – odcinek od wyjazdu z Auckland do Waitomo świetnie nadaje się na naukę jazdy (brak stromizn, serpentyn itp).
  • Świecące jaskinie Waitomo nie są aż tak chłodne jak mi się wydawało – zwłaszcza w ciepłe i wilgotne dni. Coś ciepłego do ubrania jest wskazane, jednak na pewno nie należy obawiać się zamarznięcia.

2 uwagi do wpisu “Nowa Zelandia – Dzień 2 – Waitomo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s