Nowa Zelandia – dzień po dniu – Dzień 0 (film)

Postaram się tak opisać każdy dzień aby jakoś oddzielić informacje praktyczne od naszych wspomnień z podróży, które pewnie często będą pewnie bardziej obrazowe i wartościowe dla nas niż dla przeciętnego czytelnika. Na wskazówki praktyczne, związane z planowaniem wyjazdu do Nowej Zelandii poświęcę odrębnego posta w przyszłości. W tym z kolei – tak jak tytuł obiecuje – zaczynamy opis wyprawy, dzień po dniu, najdokładniejszy jaki tylko możemy sobie przypomnieć (bo nie zawsze był czas aby notować na bieżąco 😉 ).

Dzień -365 – przygotowania

Nie będzie tu zbyt wiele zdjęć (głównie tekst niestety), gdyż w samej podróży zdjęć nie było zbytnio gdzie robić. Tak więc w zamian – na początek krótki zwiastun filmowy – powstał z wycinka zaledwie kilku klipów z ogromnej kolekcji, którą przywieźliśmy ze sobą. Pewnie z czasem poskładamy bardziej kompletny film, jednak ten zwiastun powinien dać pewne wyobrażenie tego co dopiero nas czekało 😉

Pomysł na Nową Zelandię pojawił się stosunkowo nieśmiało i tak na prawdę do momentu wylądowania w Auckland nie do końca wierzyliśmy, że to się dzieje. Nowa Zelandia znajdowała się na naszej mapie punktów od samego początku. Ale szczerze mówiąc, była takim punktem „na potem”. Odległość, czas podróży, koszt, planowanie – zawsze znalazłaby się jakaś przeszkoda aby NZ odłożyć na później, a teraz zobaczyć coś innego. Tym bardziej, że Nową Zelandię warto, moim zdaniem, zwiedzać w małej, zgranej grupie. Choćby dla podziału wielu kosztów, ale przede wszystkim dlatego, że kraj ten idealnie nadaje się na road trip marzeń. Tak więc wszystkie powyższe powody oraz świadomość, że może być trudno znaleźć zdecydowanych chętnych na taki wypad powodowały, że raczej za wcześnie nie podeszlibyśmy do tego punktu. Wszystko gdyby nie Sebastian – za co mu teraz bardzo dziękujemy 😉

Pewnego zimowego wieczora przesiadywałem znowu nad mapą i zwiedzałem przy pomocy googla w poszukiwaniu ciekawych pomysłów. Nie miałem konkretnych zamiarów – jest to po prostu swego rodzaju hobby, choć bardziej porównałbym to do bezwiednego przełączania kanałów na TV – lubię sobie po prostu czasem wieczorem pozwiedzać wirtualnie. Tego wieczora aktualizowałem akurat mapę punktów w Stanach Zjednoczonych, które chciałbym kiedyś odwiedzić, być może na wycieczce samochodem. Z racji tego, że często zagaduję o podróżach w codziennych rozmowach (niektórzy czytający wiedzą o czym mowa 😉 ), to wspomniałem o tym Sebastianowi, który skontrował to planem road tripa po Nowej Zelandii, która była jego marzeniem od wielu lat. Na tamten moment o NZ wiedziałem stosunkowo niewiele, a na dodatek kiedy Piękna usłyszała o planowaniu tego typu wyprawy to wtrąciła swoją propozycję – Australię. Po krótkiej analizie, wymianie argumentów, zdjęć i filmów, stwierdziliśmy, że faktycznie Nowa Zelandia jako pomysł ma najwięcej sensu a na dodatek pomożemy zrealizować marzenie przyjaciela. Miało to miejsce nieco ponad rok przed samą wyprawą. I tak zapadła decyzja – lecimy do Nowej Zelandii!

Rozmowy o wypadzie od samego początku miały poważny charakter. Pomimo tego, że zadeklarowałem się, że się nie wycofamy, do do momentu zakupu biletów (czy nawet nawet samego wsiadania do samolotu) nie do końca czuliśmy, że gdziekolwiek się wybieramy. Kiedy mówi się „lecimy do Hiszpanii” lub „… na Karaiby” człowiek ma w głowie przynajmniej pewne wyobrażenia. W przypadku zwiedzania kamperem Nowej Zelandii – nic nie przychodziło do głowy 🙂
Temat planowania takiej wyprawy był dla mnie tak abstrakcyjny, że nie wiedziałem do końca jak się za niego zabrać. Na szczęście z pomocą przyszła Piękna i jej notatki oraz Sebastian i lata podróżowania palcem po mapie NZ. Z tych informacji i tego co sam doczytałem ułożyliśmy listę rzeczy, które chcielibyśmy zrobić lub zobaczyć.

Wiedzieliśmy, że dostaniemy ok. 3 tygodni urlopu. Nie jest to specjalnie dużo w tym przypadku, wręcz powiedziałbym niezbędne minimum. Dlatego aby jak najlepiej wykorzystać te 3 tygodnie musieliśmy ułożyć jak najbardziej efektywny plan wyprawy. Regularne spotkania na Skypie, omawianie i poprawianie planu dzień po dniu, kilometr po kilometrze, kalkulowanie kosztów, dobieranie atrakcji – chcieliśmy małymi kroczkami stworzyć plan dopasowany na miarę dla każdego z nas. I myślę, że nam się udało 😉

Bilety (na styczeń) kupiliśmy podczas naszego majowego pobytu w Polsce, co wydawało się być wiekopomnym momentem – kamieniem milowym w naszych staraniach. Pomimo tego, do samego końca trwały przygotowania, planowanie, rezerwowanie i dopinanie wszystkiego na ostatni guzik. Nawet opisywana w innym poście wizyta Sebastiana i wycieczka na Durdle Door były celowym i zaplanowanym punktem przygotowań, aby nieco zapoznać się z jazdą po lewej stronie. Jeszcze ostatniego dnia przed wyjazdem kurierzy Amazona podrzucali paczki z ostatnim, zapomnianym sprzętem, zamówionym na ostatni moment. Przyznam tutaj, że kilka razy od zadeklarowania się (i od zakupu biletów) miałem moment, w którym myślałem „dookoła takie fajne promocje wakacyjne, a my musimy odkładać na Nową Zelandię”. Warto jednak było być cierpliwym i wytrwałym w naszych zobowiązaniach. Tak jak wspominałem – zawsze znalazłby się dobry powód aby taki wypad przełożyć. I jak widać – takie myśli nachodzą nawet wtedy, kiedy decyzja już praktycznie zapadła. Dlatego jeśli sami odkładacie plany Nowej Zelandii na potem – przestańcie, spakujcie się, planujcie i jedźcie jak najszybciej! I trzymajcie się tego postanowienia kurczowo 😉 My wytrwaliśmy i na dodatek udało nam się stworzyć, całkiem niezły harmonogram wyprawy – dopracowany w każdym detalu. Oczywiście mieliśmy dosyć sporo miejsca na spontaniczność, jednak nasz poziom przygotowania zaskakiwał nawet napotykanych Nowozelandczyków 😉

Dzień 0 – lot Londyn – Dubai – Melbourne – Auckland

Sebastian przyleciał na Heathrow w czwartek 18 stycznia, skąd odebraliśmy go razem z Piękną i znajomymi (dzięki za podwózkę 😉 ), którzy odstawili nas do hotelu Novotel, zaraz przy lotnisku. Wizja tak długiego lotu ich lekko przerażała (mnie nieco mniej 😉 ), ale jednak pozytywny nastrój dominował.

bty

Następnego ranka, bez ryzyka opóźnień, udaliśmy się spokojnie na terminal. Oddając mój plecak (bagaż główny) przy odprawie bagażowej, miałem pewne obawy. Jak każdy bagaż z luźnymi pasami i elementami, został odłożony na mały wózek stojący w rogu strefy check-in, na który trafiały wszystkie podobne plecaki czy niewymiarowe bagaże, również z innych bramek. Obawiałem się jakiejś pomyłki i zagubienia mojego bagażu, tym bardziej, że jego przeładunek następował zarówno na lotnisku w Dubaju (międzylądowanie) jak i w Melbourne, gdzie mieliśmy przesiadkę na oddzielny lot do Auckland. Wszystko jednak było już poza naszą kontrolą, więc pozostało nam jedynie usiąść w oczekiwaniu na wezwanie do naszego Airbusa A380. Pomimo tego, że byliśmy świetnie przygotowani, każdy chyba miał jeszcze jakieś swoje obawy – jak to będzie z tak długim lotem, z prowadzeniem kampera po lewej stronie po tak długiej podróży itp.

Jakość obsługi jak na klasę ekonomiczną była niczego sobie

Mimo wszystko w pozytywnych nastrojach wsiedliśmy na pokład i na czas opuściliśmy zaskakująco słoneczny Londyn. Tak zaczął się dla nas dzień 0 – trudno mi dokładnie określić ile on trwał, ale powinno być to około 24 godzin. Przemieściliśmy się w tym czasie przez 13 stref czasowych. Pierwsza część lotu była wyjątkowo komfortowa. Przyznam, że nie mam praktycznie żadnych zastrzeżeń do klasy ekonomicznej w A380 linii Qantas. Siedzenia były wygodne, miejsca na nogi wystarczająco (przy moim 1.9 metra wzrostu), obsługa była uprzejma, samolot czysty przez praktycznie cały czas lotu. Jedzenie serwowane było często i było całkiem smaczne. Do tego oczywiście cały czas dostępne były nieodpłatnie wszelkie napoje, alkohole i przekąski – co spowodowało, że lot mijał mi dużo szybciej i przyjemniej 😉 Samo latanie w A380 należało do najprzyjemniejszych lotów jakie kiedykolwiek odbyłem.

Do Dubaju dolecieliśmy punktualnie. Na czas tankowania i czyszczenia musieliśmy opuścić samolot, którym następnie dalej mieliśmy kontynuować trasę. Lot z postojami lub przesiadkami ma pewne wady i zalety. Niewątpliwą zaletą jest fakt, że można rozprostować nieco nogi czy zjeść coś co pachnie chociaż nieco inaczej niż jedzenie samolotowe. Sam nie wiem co jest lepszym rozwiązaniem – lot bezpośredni czy łączony. Osobiście odpowiadały mi obie opcje 😉
Lotnisko w Dubaju wywarło na nas mieszane wrażenie. Jak na super-lotnisko było przeciętnie oznakowane, nie słyszeliśmy praktycznie żadnych ogłoszeń audio więc trzeba było pilnować zegarka. Szczególnie jeśli, jak co niektórzy, lubicie chodzić po sklepach z pamiątkami na strefie wolnocłowej 😉 Najpierw szukaliśmy jakiejkolwiek alternatywy dla jedzenia samolotowego, które chociaż niczego sobie, potrafiło się szybko przejeść. Wtedy nawet McDonald wydaje się dobrą opcją. Na początku jeszcze nieco spieszyliśmy się, jednak z jakiegoś powodu, pod koniec, leniwie spacerowaliśmy przez labirynt półek w sklepach wolnocłowych w kierunku naszej bramki. Dzięki temu, kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce, zauważyliśmy na tablicy przy naszym locie dopisek „Last Call” (ostatnie wezwanie). Pognaliśmy więc biegiem do bramki, ale po drodze zostaliśmy zatrzymani do kolejnej kontroli bezpieczeństwa (kolejna dziwna rzecz na lotnisku w Dubaju, choć nie zdarza się za każdym razem). Na szczęście zdążyliśmy dobiec na czas i dalej kontynuowaliśmy nasz lot do Melbourne.

 

 

Czas w trakcie tak długich lotów zlatywał mi wbrew pozorom całkiem przyjemnie, choć muszę tutaj dodać, że jestem jednym z tych, którzy „lubią latanie”. Dodatkowo przez praktycznie cały lot w naszym samolocie panowała ciemność – zasłony okienne były opuszczone cały czas (lub po prostu była noc), a nawet ich chwilowe odsłonięcie powodowało chwilową ślepotę. Piękną to nieco irytowało, ale mi niezbyt to przeszkadzało (tym bardziej, że pomagało to mniej zmęczonym dolecieć na miejsce i opanować nieco chaos zmian czasu). Dla mnie ta ciemność dokuczliwa nie była.
Tak więc lot spędziłem trochę na spaniu, trochę na oglądaniu filmów z systemu rozrywki (całkiem fajne tytuły), pogrywaniu w Wormsy 2 na tablecie (kto jeszcze pamięta? 🙂 ), rozmowach o filozofii, życiu i technikach zapamiętywania, czy na zamawianiu kolejnych Chardonnay. Plusem było to, że lecieliśmy w trójkę, więc zajmowaliśmy cały rząd. W dowolnym momencie mogliśmy łatwo i szybko poprzemieszczać się wedle uznania, iść rozprostować nogi, porozmawiać przy szklaneczce whiskey lub skorzystać z dodatkowego miejsca na spanie kiedy ktoś wychodził na wyżej wymienione 😉 Część czasu spędziłem wpatrzony w panoramiczne okno przy tylnych drzwiach, z drinkiem w ręku, rozmyślając, że właśnie w jeden dzień udajemy się na drugi koniec świata. Pokonujemy odcinek, który jeszcze nie tak dawno temu zająłby miesiące lub lata, wymagałby niezwykle drogiej podróży samolotami, koleją, statkami i nawet w najlepszych klasach podróży warunki i tak potrafiły pozostawić wiele do życzenia.  Dla porównania – pierwsze połączenie lotnicze pomiędzy Australią i Wielką Brytanią (tzw. trasa kangurów – kangaroo route) zajmowało 4 dni i wymagało 7 przesiadek lub postojów. Nie wspominając ile musiał zajmować lot do Nowej Zelandii.
Spędzenie długiego czasu w jednym środku transportu pozwoliło poczuć nam jak faktycznie daleko jesteśmy. Dla mnie cała ta podróż i zmęczenie dodały nieco smaku całej wyprawie i pozwoliły poczuć się jak na drugim końcu świata – grunt to znaleźć pozytywny punkt widzenia 😉

bdrTen pozytywny punkt widzenia przydał się szczególnie w czasie naszego ostatniego lotu – z Melbourne do Auckland. Samolot był mniejszy i nieco ciaśniejszy, ale też i odcinek był krótszy. Nie to jednak dostarczyło nam wrażeń w czasie lotu. Morze Tasmana słynie z mocnych podmuchów, dlatego też już od samego startu nieco trzęsło naszym samolotem. Momentem kulminacyjnym był solidny wstrząs w wyniku którego samolot nieco opadł, w czasie czego dało się usłyszeć parę pisków i krzyków (jeden z nich – Sebastiana 😉 ). Na szczęście były to tylko zwykłe turbulencje, które jednak towarzyszyły nam jeszcze przez dosyć długi kawałek lotu.

W Auckland wylądowaliśmy szczęśliwie i zgodnie z planem ok. godziny 6:00 rano czasu lokalnego w niedzielę, 21. stycznia. Ciąg dalszy już wkrótce.

Organizujecie własną wyprawę do Nowej Zelandii? Macie pytania? Piszcie w komentarzach – postaramy się pomóc w miarę możliwości. 

BRZB9226

Jedna myśl na temat “Nowa Zelandia – dzień po dniu – Dzień 0 (film)

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: