Majorka 2017

Do tej pory Majorka kojarzyła mi się głównie z niemieckimi emerytami, brytyjskimi młodzikami na wieczorach kawalerskich lub z typowymi resortami turystycznymi. Dlatego prawdopodobnie, gdyby nie zbieg okoliczności, nie przyszło by mi się zbyt szybko przekonać jak błędne jest to wrażenie. A wszystko zaczęło się od tanich biletów lotniczych.

Tanie bilety do… gdziekolwiek

Zauważyłem u siebie zjawisko polegające na tym, że im bardziej irytuje mnie praca, tym częściej odwiedzam porównywarki cen biletów, hoteli czy strony internetowe lotnisk w poszukiwaniu jakiegoś pomysłu, gdzie by tu można było wyskoczyć. Zazwyczaj nie stoi za tym żaden konkretny plan, a jest to raczej forma podróżowania palcem po mapie. Wiele propozycji jest zachęcających, ale często albo nierealnych czasowo, albo cena hotelu zachęca ale tanich lotów brak, albo gdzieś właśnie trwa pora deszczowa itp. Pomysły tego typu dzielimy głównie na 3 grupy: niemożliwe, niepraktyczne i całkowicie oderwane od rzeczywistości. Wszystkie takie plany trafiają do osobnej grupy „może kiedy indziej”.

P1020165

Tym razem jednak znalazłem przypadkiem ofertę tanich biletów linii Volotea na Majorkę właśnie. Okazało się, że za lot z pobliskiego, małego lotniska zapłacilibyśmy niecałe 400 zł za 2 osoby w obie strony. Po wstępnym sprawdzeniu (jak to Polak) na czym polega haczyk, stwierdziłem, że oferta jest realna. Po szybkich przeliczeniach budżetowych i konsultacjach z Piękną padła decyzja – lecimy! Na tamten moment nie wiedzieliśmy o Majorce niczego (poza skojarzeniami z niemieckimi emerytami). Założyliśmy po prostu, że w najgorszym wypadku spędzimy typowo „hotelowe” wakacje aby nieco odpocząć od pracy. I tym oto sposobem zaczęliśmy organizację wypadu na Majorkę.

Lecisz na Majorkę? BIEGIEM Z SAMOLOTU!

Jak wspomniałem wybraliśmy się liniami Volotea. Tak powinny wyglądać wszystkie tanie linie lotnicze: samolot czyściutki, załoga uprzejma, dużo miejsca na nogi, samolot dostosowany do trasy a nie upakowany siedzeniami ile się da. Po 2 godzinach lądowaliśmy już w Palmie. Za każdym razem śmiejemy się pod nosem z ludzi, którzy od razu odpinają pasy i już wstają, żeby dosłownie wybiec z samolotu – tutaj było podobnie.

Jak się jednak okazało, tym razem był ku temu solidny powód – ilość samolotów, które wylądowały w tym samym czasie była tak duża, że stali bywalcy wiedzieli co nas czeka. W wąskim przejściu do odprawy paszportowej utknęło według naszych szacunków między 750 do nawet 1000 podróżnych, których obsługiwało DWÓCH strażników granicznych! Dlatego dobra rada – jeśli lądujecie wieczorem w Palmie i widzicie dużo samolotów i pasażerów wypływających z bramek – biegnijcie do odprawy paszportowej albo do toalety 😉 My na sprawdzenie dowodów czekaliśmy ponad godzinę, a to i tak szybko, biorąc pod uwagę, że w całym zamieszaniu udało nam się ominąć . Po wyjściu z terminala było już po północy. Zdecydowaliśmy się na skorzystanie z taksówki zamiast autobusu, żeby nie szukać w środku nocy naszego hotelu na przedmieściach.

Palma jako baza wypadowa

Castell de Bellver
Castell de Bellver

Hotel również okazał się miłym zaskoczeniem zarówno pod względem jakości i lokalizacji.
Oczywiście znaleziony w promocji, bez basenu czy all inclusive, które nie dość, że były nam zbędne, to kosztują dodatkowo. Znajdował się u samego podnóża Castel de Bellver, niedaleko mariny i trasy spacerowej. Planując wypad zdecydowaliśmy się zrezygnować z hoteli w turystycznych resortach i zamiast tego nocować w Palmie, w dzień zwiedzać okoliczne atrakcje, plaże, plenery i miasteczka a w nocy korzystać z ogromu knajp, restauracji barów i innych przybytków specjalizujących się w efektywnym przerabianiu euro na promile lub centymetry w pasie. Plan ten sprawdził się idealnie.

Palma - Stare Miasto
Palma, mimo że jest dużym miastem, nadal zachowała w dużej części swój charakterystyczny klimat.

Pomimo tego, że Palma jest pełnoprawnym miastem, z wielopasmowymi drogami, markowymi sklepami itp to nadal zachowała wiele z klimatu starego, hiszpańskiego miasteczka – charakterystyczna architektura, czy labirynt wąskich uliczek to tylko niektóre z nich.
W pewnej knajpce spotkaliśmy przemiłą parę starszych Szwedów, którzy polecali co niektóre hostele. Większość bywalców takich ośrodków wpada tam na jeden dzień, po czym ruszają dalej zwiedzać wyspę nocując w różnych miejscach. Tym samym ma się praktycznie cały hostel przez większość czasu dla siebie.

Majorka autobusem

Pierwszego dnia postanowiliśmy oczywiście odwiedzić najbliższą plażę, żeby pozbyć się nieco naszego krochmalowego odcieniu skóry i w końcu odpłynąć na chwilę przy szumie morza. Wybór padł na Cala Major, głównie dlatego, że była (teoretycznie 😉 ) blisko.
Mieliśmy 2 plany na to jak się tam dostać:

  • mój, mówiący: łapiemy autobus za 1,50€ z pobliskiego przystanku, jedziemy 10 minut, wysiadamy po 8 przystankach i popijamy drinka na plaży
  • oraz pomysł Pięknej, mówiący: eeeeeeee tam, chodźmy się przejść, pospacerujemy sobie po okolicy [w 32 stopniowym upale, nie znając tejże okolicy – przypis mój 😉 ]

Po krótkiej wymianie argumentów wygrał pomysł lepszy – i tym samym chwilę później maszerowaliśmy w kierunku Cala Major. Po pierwszej wypitej butelce wody, nie wiedząc gdzie dokładnie jesteśmy, wydaje mi się, że Piękną coś urzekło w moim planie, bo zaczęła wspominać coś o złapaniu autobusu. Szczególnie, że z małej dróżki pomiędzy hiszpańskimi domkami, zbliżaliśmy się do 6 pasmowego odcinka obwodnicy. Zgodnie z planem to Piękna dowodziła nawigacją, więc z telefonem w ręku sprawdzała gdzie powinniśmy wysiąść. Mój niepokój wzbudził fakt, że przy jednym przystanku mówiła „to jeszcze nie tu”, a zbliżając się do kolejnego mówiła już „chyba jesteśmy za daleko”. Postanowiłem interweniować i niczym buczący komendant wycieczki zarządziłem odwrót i opuszczenie autobusu. Nie wiedząc gdzie jesteśmy, zaczęliśmy iść w losowym kierunku (Piękna musiała wysłuchać pełen różaniec „a nie mówiłem”) kiedy to nagle zauważyliśmy maluteńki skrawek piasku. Niczym wielbłądy na widok wody na środku pustyni ruszyliśmy w kierunku Cala Nova – malucieńkiego skrawka plaży zlokalizowanego zaraz obok pobliskiej mariny.

Cala Nova - Palma
Plaża Cala Nova – kameralna, mała, ale po spacerze w upale jak znalazł (zdjęcie pokazuje dosłownie CAŁĄ plażę)

Ku mojemu zaskoczeniu ten zbieg okoliczności całkiem się udał – plaża może i była mała, ale przez to nie było na niej zbyt wielu ludzi i dawała poczucie bezpieczeństwa. Schłodziliśmy się i ruszyliśmy pieszo w kierunku naszego pierwotnego celu – Cala Major. Po 10 minutach byliśmy na miejscu.

Cala Major
Cala Major to taka typowa, hiszpańska plaża. Bardzo fajna na wypoczynek, jednak otoczona wysokimi hotelami, tak więc okolica nie ma jakiegoś specjalnie urokliwego klimatu. Przed wyjazdem naczytaliśmy się jak to majorkańskie plaże są zatłoczone, jednak autorzy tych wypowiedzi chyba nie byli nigdy nad Bałtykiem w szczycie sezonu 😉 Spokojnie można było znaleźć sobie miejsce, bez rezerwowania go parawanem o 6:00 rano.

Płynie stąd prosta lekcja – komunikacja miejska w Palmie i ogólnie na Majorce jest całkiem niezła, o ile się z niej korzysta 😉

Palma – atrakcja sama w sobie

Od centrum Palmy dzielił nas 15 minutowy spacer wzdłuż mariny, tak więc wybieraliśmy się tam prawie każdego dnia. Poza katedrą, która jest chyba najbardziej znanym zabytkiem w mieście, podziwiać można prawie każdy jej zakątek – szczególnie w okolicach starego miasta. Od zwykłych balkonów czy fasad budynków, po fortyfikacje i wąskie uliczki. W czasie każdego spaceru odkrywaliśmy coś nowego, głównie dlatego, że jakoś za żadne skarby nie potrafiliśmy sobie w głowie ułożyć planu miasta i po prostu za każdym razem chodziliśmy „na wyczucie” po tych poplątanych uliczkach. Pewnego dnia Piękna postanowiła odszukać pewien konkretny sklep z pamiątkami (upatrzyła sobie pewien ceramiczny dzbanek 😉 ), jednak po prawie godzinie poddaliśmy się i zakończyliśmy poszukiwania z powodu późnej pory i głodu. Jak się okazało – następnego dnia zawędrowaliśmy zupełnie przypadkiem w to samo miejsce i wspomniany sklep znajdował się 5 metrów od nas, za rogiem jednej z uliczek 🙂
Nie mniej każdy spacer był wyjątkowy, bo i wyjątkowe są widoczki w Palmie.

Kiedy już nacieszyliśmy oczy tymi nietypowymi widoczkami postanowiliśmy poszukać czegoś do jedzenia. A nie jest to wcale takie proste zadanie, jeśli chce się zjeść dobrze i w miarę tanio (przyznam, że niektóre eksperymenty sporo nas kosztowały). Ale o zwiedzaniu knajpek napiszę później.

Majorka pociągiem, tramwajem i statkiem

Pociąg do SollerKolejnego dnia zaplanowaliśmy sobie przejażdżkę zabytkowym pociągiem z Palmy do Soller a stamtąd zabytkowym tramwajem do Port de Soller. Dawniej, z obawy przed piratami plądrującymi nabrzeżne wioski, każda wioska czy miasteczko posiadała swój port i właściwe miasteczko w głębi lądu. Do dzisiaj tramwaj pomiędzy portem i Soller jest wykorzystywany przez ludzi dojeżdżających codziennie do pracy.

P1020199Plan był taki, aby kupić bilety w jedną stronę a następnie z Port de Soller autobusem wrócić do Palmy. Pozwala to znacznie ograniczyć koszty wycieczki w porównaniu do zakupu biletu kolejowego w dwie strony. Jak to jednak z naszymi planami bywa – często zmieniają się w ostatniej minucie. Szukając peronu kolei wąskotorowej, zawędrowaliśmy do punktu informacji. Tam dowiedzieliśmy się, że całą wycieczkę możemy uzupełnić o wyprawę statkiem do odludnej mieścinki Sa Calobra i przejechać pociągiem w dwie strony. Tak więc nasz plan zmienił się dosyć znacząco, tym bardziej dla Pięknej, która coś zaczęła pobąkiwać o swojej chorobie morskiej 😉

Pociąg do Soller
Widoki po zachodniej stronie są zdecydowanie ciekawsze 😉

Przejazd pociągiem to na prawdę świetna atrakcja. Po przejechaniu przez niezbyt malownicze przedmieścia Palmy, można podziwiać wysokogórski krajobraz zachodniego wybrzeża Majorki. Jadąc w kierunku Soller polecam usiąść po lewej (zachodniej) stronie pociągu – widoki są z tamtej strony zdecydowanie ciekawsze i łatwiej porobić ciekawe zdjęcia.

P1020322

Przejazd do Soller trwa około godziny. Po drodze można podziwiać Majorkę w całym przekroju – od równin, przez małe miasteczka w dolinach, po pasma górskie. Przed samym Soller pociąg zatrzymuje się jeszcze na małej „stacji” będącej tarasem widokowym, skąd rozpościera się panorama na jedno z malowniczych miasteczek położone w górskiej dolinie.

W samym Soller nie ma za bardzo co robić (przynajmniej naszym zdaniem 😉 ), dlatego praktycznie prosto z pociągu przesiedliśmy się do tramwaju. Trasa jest dosyć popularną atrakcją więc ludzi też było sporo, jednak spokojnie wszyscy się pomieściliśmy.

Soler i reszta 007
Przesiadka do tramwaju w Soller

Zbliżając się do Port de Soller można było zauważyć coraz większe zmiany w pogodzie. Górzysty teren i bliskość morza powodowały miejscowe zachmurzenia. Jednak nadal było przyjemnie ciepło (może nawet lepiej niż w bezpośrednim, piekącym słońcu).

Port de Soller to malownicza mała mieścina. Można w niej poplażować, coś zjeść czy pospacerować po okolicznych wzgórzach. My jednak nie mieliśmy zbyt wiele czasu na tego typu atrakcje bo za 20 minut odbijał już nasz statek do Sa Calobry.

Port de Soller
Przy opuszczaniu Port de Soller pogoda się poprawiła, jednak na morzu nadal solidnie bujało
Majorka
Zachodnie wybrzeże od strony morza robi olbrzymie wrażenie
Majorka
Droga do Sa Calobra usłana była małymi zatoczkami, do których dostać się można chyba tylko jachtem
Sa Calobra
Sama mieścinka to mała, portowa wioska, wyglądająca nieco jak piracka osada z obrazka – z drewnianymi podestami i kilkoma, piętrowo ułożonymi „tawernami”
Sa Calobra
Przejście z portu na plażę

Pomimo tego, że w czasie całej wycieczki statkiem dosyć rzucało (co chyba czasem było celowym zabiegiem kapitana 😉 ), to Piękna ku własnemu zaskoczeniu dotarła do celu bez objawów choroby morskiej.

Sa Calobra to mała mieścinka, w której główną atrakcją jest plaża w małej zatoczce, otoczona z każdej strony górami. Dosłownie z każdej strony – aby do niej dojść, przechodzi się z portu krótką trasą spacerową, prowadzącą następnie przez wydrążone w górach tunele.

Sa Calobra
Plaża w Sa Calobra

Woda ma przepiękny, lazurowy kolor (chyba dzięki minerałom ze wspomnianych skał, tworzących całą zatoczkę). Sama plaża jest żwirowa, a ludzie przychodzą na nią raczej jako na chwilową atrakcję, niż na cały dzień plażowania. Pomimo względnie niskiej temperatury wody, wskoczyliśmy do niej na chwilę się ochłodzić. Plażowanie w otoczeniu takiego krajobrazu, to atrakcja sama w sobie. Dookoła widać wręcz pionowe ściany skał, u szczytu których szybowała para orłów.

Sa Calobra
Widok na drugą stronę plaży, od strony „kanionu”

Po nacieszeniu się tymi widokami i nagrzaniu nieco na żwirowym podłożu (które dla mnie ma tą zaletę, że człowiek nie lepi się cały od piasku) wróciliśmy do wioski. Znajduje się tam parę kanjpek, ze względnie sensownymi cenami jak na tak odludne miejsce, ze znikomą konkurencją. Zakupiliśmy sobie po sangrii, która chyba była najmocniejszą wersją tego trunku jaki piliśmy na Majorce – ja twierdzę, że zamiast rozcieńczać ją sokiem, mieszano ją ze spirytusem 😉
Tym samym droga powrotna, pomimo tego, że przebiegała tą samą trasą, była jeszcze nieco bardziej wesoła. Postanowiłem pójść za ciosem i spróbowałem sangrii serwowanej na statku – była równie dobra 😉 Jak dla mnie była to idealna metoda na chorobę morską – po drinku numer 2 ciężko było stwierdzić czy to buja statek, czy sangria.

Soller
Widoki z pociągu – w drodze powrotnej usiedliśmy już po prawidłowej stronie wagonu 😉

Po całodziennej przygodzie Piękna przysypiała już nieco w pociągu, jednak cała wyprawa była zdecydowanie tego warta. W jakiejkolwiek kombinacji by jej nie zrobić – polecamy wybrać się na taką przejażdżkę. Co do rejsu (którego cena to 30€ za osobę w dwie strony) może są jakieś tańsze alternatywy, jednak w naszej sytuacji (zmiany planów na ostatnią sekundę) trudno było być wybrednym.

Majorka skuterem lub motocyklem

Vespa 125cc
Vespa 125cc – mój ulubiony środek transportu na Majorce

Jak dla mnie najlepszą atrakcją całego wypadu była wycieczka skuterem – Vespa o pojemności silnika 125cc. Maszynka sprawdziła się świetnie – na autostradzie można było spokojnie jechać ponad 100 km/h. Wypożyczyliśmy ją z Vintage Motors w marinie – 10 minut spacerem od naszego hotelu. Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. Za 40€ za dzień, dostaliśmy praktycznie nowy skuter, przesympatyczny gość z wypożyczalni pomógł nam zaplanować trasę dokładnie pod nasze widzimisię, dodając kilka wskazówek od siebie i mogliśmy ruszać w drogę.

Motocykl wypożyczyliśmy na 2 dni, w czasie których przejechaliśmy łącznie ponad 300 kilometrów. Poruszanie się skuterem po Majorce jest chyba najwygodniejszą formą transportu. Nawet w większych miastach, jak Palma, nie stanowi to większego problemu.

Dzień 1. – Zachodnia Majorka, czyli serpentyny i miasteczka
Valdemossa
Klasztor Kartuzów w Valdemossa

Pierwszego dnia wybraliśmy się na wycieczkę po serpentynach zachodniego wybrzeża. Po pierwszych kilku nerwowych skrzyżowaniach przypominania sobie jak się jeździ na dwóch kółkach, byliśmy już poza palmą na prostej drodze w kierunku piętrzących się przed nami wzgórz Sierra de Tramuntana. Zapomniałem już jaka to frajda jeździć na motocyklu. Naszym pierwszym przystankiem była Valdemossa – małego miasteczka, słynącego z klasztoru Kartuzów. Miasteczko jest świetną odskocznią od gwarnych uliczek Palmy czy plaż Majorki. Przypomina mi nieco kontrast pomiędzy Rzymem i Asyżem – tylko w mniejszej skali. Sam klasztor jest otwarty dla zwiedzających, znajduje się w nim między innymi wystawa poświęcona Chopinowi, który przez pewien czas przebywał na Majorce – najpierw w Palmie, a później właśnie w Valdemossie. Za klasztorem znajduje się niewielki, ale urokliwy ogród sprzyjającemu chwilowemu wyciszeniu od majorkańskiego szaleństwa. Z ogrodu mamy chyba najlepszy widok na charakterystyczną, zieloną wieżę klasztorną. Całe miasteczko spowite jest małymi uliczkami łączącymi przerozmaite zakątki z widokiem na masywy górskie oplatające tą niepozorną mieścinę. Czas wydaje się tam stawać w miejscu. Warto zatrzymać się tam na chwilę, choćby w lokalnej kawiarni i poczuć ten klimat.

Z Valdemossy nasza trasa prowadziła do Fornalutx – podobno najpiękniejszej wioski w całej Hiszpanii. Po drodze przejeżdżaliśmy przez Deia, w dole której leży malownicza plaża Cala Deia. Pomimo, że mogliśmy podziwiać jej imponujący krajobraz z góry, nie mogliśmy znaleźć zjazdu do niej. Po krótkiej wycieczce po okolicy zdecydowaliśmy że jedziemy dalej – do Fornalutx.
Aby się tam dostać trzeba zjechać nieco z głównej drogi, jednak zdecydowanie warto. Wręcz żałuję, że nie spędziliśmy tam więcej czasu. Wg. naszego „przewodnika” z wypożyczalni, znajduje się tam bar serwujący najlepsze tapas na całej wyspie, do tego dookoła wioski rozpościera się nieziemska panorama na otaczające ja wzgórza – 360 stopni wzrokowego uzależnienia. Nie zagłębiliśmy się też wystarczająco w wioskę, aby poznać jej pełen urok. Sami w Fornalutx spędziliśmy może jedynie 20 minut.

Fornalutx
Zdecydowanie polecamy zatrzymanie się na dłużej w Fornalutx. Chociażby na obiad i krótki spacer.

Niestety nie mieliśmy wtedy pełnych informacji (niektóre dostaliśmy dopiero po wycieczce czy też doczytaliśmy sami), i postanowiliśmy jechać dalej. Po drodze zgłodnieliśmy i mieliśmy naiwną nadzieję, że zjemy coś dobrego w Llutz – mieście słynącym z sanktuarium. Wydawało nam się że taka lokalizacja będzie dysponowała co najmniej kilkoma dobrymi restauracjami serwującymi regionalną kuchnię.

Skuter dzień 1 010
Widok z restauracji w Lluc – pomimo pięknej scenerii, nie zabawiliśmy tam zbyt długo.

Niestety to co zastaliśmy nie spełniło naszych (i tak skromnych) oczekiwań. Nastawiona na autobusy pielgrzymów i innych podobnych odwiedzających miejscowość, dysponowała jedynie pokaźnym parkingiem, dwoma „knajpkami” i wspomnianym sanktuarium, do którego wstęp kosztuje 5€.

Po zjedzeniu (niezbyt spektakularnego) posiłku, ruszyliśmy dalej w drogę. Nasza trasa prowadziła serpentynowymi drogami przez Pollence do Port de Pollenca. Tam rozłożyliśmy się na chwilę na plaży. Ogólny plan był taki, że po chwili relaksu, wyjedziemy w dalszą trasę na Cap de Formentor – niezwykle stromą i krętą drogę do latarni położonej w najdalej wysuniętym na północ punkcie wyspy. Pomimo tego, że trasa posiada chyba jedne z ładniejszych widoków na całej wyspie, z powodu ogólnego zmęczenia postanowiliśmy odłożyć tą wyprawę na naszą kolejną wizytę na Majorce.

Tym bardziej, że Pięknej (wyobraźcie to sobie) było… chłodno 🙂 Pomimo 30 kresek na termometrze, podróżowanie w wysokich i wietrznych partiach górskich wychłodziło moją piękniejszą połowę do tego stopnia, że po nagrzaniu baterii na plaży w Port de Pollenca (bardzo malowniczej swoją drogą – z niespodziewanie ciepłą wodą) postanowiliśmy wracać do hotelu. Tym bardziej, że czekała nas niekrótka droga.

Port de Pollenca
Port de Pollenca okazała się bardzo malowniczą zatoczką, z bardzo ciepłą, lazurową wodą i małymi plażyczkami

W wyniku mojego błędu wjechaliśmy na dodatek na autostradę łączącą oba krańce wyspy. Na autostradzie nasza Vespa spisała się bardzo dzielnie. Pomimo szamoczącego nami wiatru wyciskała 100 km/h – a mogłaby więcej. Nie chciałem po prostu zbytnio wychłodzić Pięknej 😉 Niestety skuter typu Vespa nie został zaprojektowany do tego typu jazdy. O ile technicznie spisał się bez zarzutu, to pod względem ergonomicznym spowodował dotkliwe pobolewanie siedzącej części ciała. Mimo wszystko jazda po autostradzie bardzo przypadła mi do gustu (pięknej mniej 😉 ). Po drodze mieliśmy jeszcze kilka trudności nawigacyjnych, ale mimo wszystko dotarliśmy do domu wcześniej niż się tego spodziewaliśmy. Gdybym o tym wiedział, wycieczkę po zachodnim wybrzeżu przełożyłbym na dzień drugi, a pierwszego dnia zrobilibyśmy wycieczkę po plażach na południowo-wschodnim brzegu wyspy.

Dzień 2. – plaże na południowym wschodzie Majorki

Wycieczkę na plaże zaczęliśmy oczywiście od złego zjazdu na autostradowej obwodnicy Palmy. Przydało się mieć telefon z GPSem – papierowa mapka z wypożyczalni, choć zawierała ciekawe wskazówki, nie była wystarczająco dokładna aby na jej podstawie nawigować. Szybko jednak znaleźliśmy się na trasie do Cala Pi. Nauczeni doświadczeniem, zdecydowanie wybraliśmy trasę dłuższą – wzdłuż wybrzeża – zamiast autostrady. Po drodze można zatrzymać się w kilku malowniczych punktach widokowych, choć oczywiście nie tak spektakularnych, jak te przy górskich serpentynach. Dojeżdżając do Cala Pi zaparkowaliśmy przy samym zejściu na plażę (jedna z olbrzymich zalet skutera – na Majorce parkowanie samochodu może być prawdziwym koszmarem).

Cala Pi
Cala Pi powinna być obowiązkowym punktem dla odwiedzających plaże Majorki
Cala Pi
Mały podest z którego rozciąga się widok na Cala Pi znajduje się wbrew pozorom BARDZO wysoko. Poziom BHP widać na załączonym obrazku 😉

Cala Pi to przeurokliwe miejsce. Plaża leży niejako w kanionie, do którego schodzimy po stopniach. Zanim zejdziemy warto przejść się w lewą stronę, skąd rozciąga się wspaniały widok na plażę i cały kanion. Jeśli ktoś nie ma lęku wysokości (a czasem nawet pomimo niego 😉 ) jest to świetne miejsce na pamiątkowe zdjęcie.

Plaża jest wąska, stosunkowo płytka na bardzo długim odcinku, ale nie uważam, żeby była szczególnie zatłoczona. Tym bardziej że może i wąska, ale wbija się dosyć głęboko w ten niewielki kanion.

Lazurowa woda, mała przystań dla łódek oraz otaczające klify spowodowały, że czas upłynął nam niesłychanie szybko. Polecam zabrać ze sobą jakieś zapasy, w innym przypadku, po każdą butelkę wody trzeba wspinać się po schodach. Po spędzeniu chwili na relaksie, wsłuchując się w cykady, których całe mnóstwo zamieszkuje okolicę, stwierdziliśmy, że czas ruszać w drogę do naszego kolejnego celu.

Cala Pi
Plaża na Cala Pi sięga w głąb lądu, otoczona malowniczymi skałami niewielkiego kanionu.

Niestety czasu nie mieliśmy zbyt dużo, gdyż tego dnia do 19.00 musieliśmy oddać skuter. Mieliśmy w planie jeszcze dwie plaże – Es Trenc i Cala Llombards. Zdecydowaliśmy jednak, że będzie lepiej dobrze odpocząć na jednej z nich, niż zmęczyć się próbując „zaliczyć” obie. Tym samym udaliśmy się w drogę do Es Trens, nazywaną „Karaibami Majorki”.

Es Trenc
Es Trenc – Karaiby Majorki

Ruszyliśmy z Cala Pi przez Sa Rapita – trasą biegnącą nad samym wybrzeżem. Od naszego informatora dowiedzieliśmy się, że wschodnia część Es Trenc bywa zdecydowanie mniej zatłoczona i też w tym kierunku jechaliśmy. Kiedy widzieliśmy ludzi w swoich samochodach próbujących znaleźć miejsce parkingowe w zatłoczonej, wąskiej uliczce prawie kilometr od plaży – wtedy naprawdę doceniliśmy kompaktowość naszego skuterka. Zaparkowaliśmy dosłownie 10 metrów od piasków Es Trenc. O plaży trudno powiedzieć, że jest zatłoczona – jest tak długa, że z pewnością zawsze znajdzie się na niej miejsce.

Es TrencNaszym zdaniem to zdecydowanie najładniejsza plaża na Majorce. Zdecydowanie polecamy fanom plażowania i relaksu. Krystalicznie czysta, lazurowa woda, drobniutki, biały piasek – na prawdę momentami można było się poczuć jak na Karaibach nie ruszając się z Europy.

Es Trenc
Nieruchomość typu premium na Es Trenc – zastanawialiśmy się ile wynosi czynsz 😉

Magaluf – wycieczka socjologiczna

Jeszcze przed naszym urlopem wiele naczytałem się historii o Magaluf. Jest to kompleks resortów położonych na zachód od Palmy, za całkiem przyjemną i dużą plażą obok. Cała dzielnica słynie z tego, że jest taką małą Wielką Brytanią. Znajduje się tam wiele popularnych resortów, więc można spotkać ludzi z całego świata – od Polaków, przez Szwedów po Azjatów. Jednak zdecydowanie grupę dominującą stanowią Brytyjczycy.
O Magaluf krąży wiele, niezbyt pochlebnych historii – szczególnie dotyczących tej ostatniej grupy odwiedzających, z których wielu przyjeżdża na Majorkę na wieczory kawalersko/panieńskie czy wszelkiego rodzaju imprezy wzbogacane nie tylko hurtowymi ilościami alkoholu. We wczesnych latach 2000, władze Majorki nakazały wręcz wyburzenie kilkudziesięciu hoteli, aby uporządkować nieco krajobraz oraz ograniczyć ilość turystów i pewne niepożądane zjawiska. Nawet teraz, w 2017 nadal głośno o akcjach związanych z ucywilizowaniem Magaluf. Postanowiliśmy więc przekonać się na własne jak się sprawy mają.

Magaluf 1 002
Brytyjska przychodnia zdrowia to tylko jeden z wielu anglosaskich akcentów Magaluf

Wybraliśmy się na miejsce autobusem (na szczęście Piękna nie upierała się przy pieszej, 2 godzinnej wycieczke 😉 ). Dojeżdżając na miejsce zaczęliśmy zauważać pierwsze znaki, że znajdujemy się w nieco innej części Hiszpanii. Pomijając sąsiadujące ze sobą salony tatuażu, zamiast restauracji tapas, czy mini-czołgi strzelające szampanem na tyłach hoteli, można było zauważyć angielskie szyldy nad każdym sklepem (w Palmie jednak większość jednak była hiszpańska) ale również chociażby brytyjską przychodnię zdrowia oraz… BRYTYJSKĄ PIEKARNIĘ. Ten żart utrzymywał się do końca naszego urlopu i o dzień dłużej (brytyjskie pieczywo jest tak tragicznej jakości, że nie wiem kto wpadł na ten genialny biznes-plan).

Magaluf
Plaża w Magaluf nie była taka zła jak ją malują. Choć sytuacja ponoć zmienia się dopiero po zmroku.

Sama plaża, musimy przyznać, była niczego sobie. Spędziliśmy tam większość dnia, a nawet wróciliśmy na nią kilka dni później. Dookoła brak było typowych, wysokich hoteli, na promenadzie widać było restauracje i bary. Od czasu do czasu przelatywał samolot, ciągnący za sobą banery reklamujące imprezy w okolicznych lokalach. Plaża jest obszerna, choć jakościowo odbiega od Es Trenc, jednak można spokojnie na niej wypocząć i przede wszystkim znajdowała się zdecydowanie bliżej nas. Na początku nie rozumieliśmy, w czym tkwią wszystkie legendy o Magaluf. Jednak im bliżej było wieczora, tym więcej oznak można było zauważyć na horyzoncie… dosłownie, bo na horyzoncie zaczynały się zbierać imprezowe jachty (nazwałem je kutrami na młode szprotki), zaś wracając na przystanek autobusowy (lekko po godzinie 16:00), napotkaliśmy już pierwsze, kilkunastoosobowe grupy kawalerów ryczących na całe gardło niczym jelenie na rykowisku. Jeśli komuś pasuje typowy, imprezowo-plażowy klimat z „tanimi” atrakcjami i niestraszna mu jest wymiana zdań z podpitymi współkamratami – Magaluf wieczorem wygląda jak idealny traf. My chyba jednak postarzeliśmy się nieco za bardzo – nam wystarczała standardowa intoksykacja drinkami typu mojito z przypadkowo napotkanymi szwedami w pobliskim pubie.

Muszę tutaj przyznać, że absolutnie nie napotkaliśmy w Magaluf absolutnie żadnych problemów czy ekscesów (zapewne dlatego, że wyjechaliśmy stamtąd przed 18:00 😉 ) . Wręcz przeciwnie – w czasie dnia miejsce nadawało się do takiego podręcznikowego plażowania (sporty wodne, przestronna plaża, knajpki), a do tego przywieźliśmy stamtąd bardzo miłe doświadczenie kulinarne. Z naszego doświadczenia knajpki plażowe zazwyczaj oferują jakość jedzenia odwrotnie proporcjonalną do ceny.

Magaluf
Papużki w restauracji Puerto Rico w Magaluf. Widać było, że są pod dobrą opieką, były bardzo towarzyskie i pozwalały miło spędzić czas czekając na paellę 😉

Przy plaży Magaluf znaleźliśmy jednak knajpkę Puerto Rico. Na pierwszy rzut oka – nic szczególnego, ot jedna z wielu restauracyjek serwujących wszystko od pizzy, przez hamburgery po paellę i owoce morza. Patrząc po talerzach widziałem, że jakość pizzy czy wspomnianego hamburgera jest typowa jak dla takiego lokalu (czytaj – zamrażarkowa). Jednak ku naszemu zaskoczeniu, zamawiając paellę zostaliśmy poinformowani, że będziemy musieli poczekać 20-25 minut, gdyż każda jest przygotowywana od zera na miejscu. Paella była zdecydowanie warto czekania. Obawialiśmy się nieco jakość owoców morza, ale według Pięknej były na prawdę bardzo smaczne. Czas umilały oswojone papugi, skaczące po swoich żerdkach ustawionych przy barze. Drinki też nie były rozwadniane, co dało się odczuć kiedy z przyjemnego cienia wracaliśmy na rozgrzaną plażę. Również obsługa była przesympatyczna, władająca biegle angielskim, francuskim, niemieckim, włoskim a nawet znająca parę wyrażeń po polsku 😉 Co wcale nie było takie oczywiste w restauracjach w Palmie. Jedyne zastrzeżenie można mieć do cen (przeciętny drink 7€, paella 15€ do nawet 25€ zależnie od składników), jednak w restauracji przy samej plaży trudno się spodziewać czego innego.

Palma – restauracje, jedzenie i ceny

Od wyjścia z naszego hotelu aż do samego centrum napotkaliśmy wiele ciekawych restauracji. Szukając jednak jakiejś dobrej kuchni hiszpańskiej warto pamiętać, że obowiązują takie same zasady jak z szukaniem dobrego piwa w Pradze – wcale nie jest to takie proste. Jakość i ceny potrafią się różnić drastycznie. Za sangrię można zapłacić od 5€ za litrowy dzbanek pełen owoców z dobrym winem, do 20€ za pół litra mieszanki rozcieńczanej wodą i sokiem. W kraju gdzie „hiszpańska” kuchnia jest na każdym kroku, trudno odróżnić restauracje godne uwagi od tych nastawionych na obsługę mas turystów. Ja zrobiłem dokładny research na podstawie książkowego przewodnika… który następnie pozostał w domu wraz z notatkami.

Jedzenie na Majorce
Z naszego doświadczenia dobrze zjeść można częściej w małych, przydrożnych knajpkach, niż w modnych restauracjach w centrum.

Po czasie zauważyłem parę prostych zasad:

  • im mniejsze miejsce tym lepiej
  • im dalej od centrum czy gęsto zaludnionych uliczek tym lepiej
  • im bardziej (pozornie) obskurny lokal (stare szyldy, niezbyt modny wystrój) tym lepiej.

Do tego warto wyszukiwać knajpki, w których w okolicach wejścia widać kogoś, kto sprawia wrażenie właściciela – zjawisko widoczne w wielu małych restauracjach, gdzie właściciel lokalu osobiście zabawia gości i pilnuje jakości. Ceny potrafią się wahać znacząco.
Przykładowo – pierwszego dnia postanowiliśmy wypróbować jedną z restauracji w malowniczej, wąskiej uliczce na starym mieście. Wyglądała zachęcająco, pełne obłożenie, jednak dostawiono dla nas stolik. Coś do picia na początek? Oczywiście sangria! Szybki wgląd w menu – 25€ za litr! Wybór padł więc na dwa (małe i również niezbyt tanie) piwka. Piękna chciała spróbować lokalnej ośmiorniczki (pomińmy, że miała nieco błędne wyobrażenie tego jak zostanie ona podana w restauracji z tapas 😉 ), ja tak odważny pierwszego dnia nie byłem i wziąłem mini burgera. Całość, razem z napojami uszczupliła nasz budżet o nieco ponad 30€.

Tapas bar
Pesquero – tapas bar przy samym porcie rybnym

Ostatniego dnia z kolei odwiedziliśmy restaurację Pesquero. Elegancka (więc nie wpisująca się we wcześniej wspomniane zasady), ale znajdująca się przy samej bramie portu rybnego. Knajpka z 60 letnią tradycją zwróciła uwagę Pięknej szerokim asortymentem owoców morza. Już po chwili na naszym stole lądowała uczta złożona z ośmiornicy po majorkańsku w cebuli, mątwy w sosie, krokietów serowo – drobiowych, tradycyjnych domowych klopsów w sosie oraz hiszpańskiej sałatki ziemniaczanej. Cały stół mieliśmy zastawiony miseczkami – oczywiście najedliśmy się solidnie i smacznie. Razem z napojami, cała uczta znów kosztowała nieco ponad 30€. Obie restauracje, jak wspomniałem, wyglądały na bardziej eleganckie (razem z Piękną zaklasyfikowaliśmy je do grupy ĘĄą z podwójnym Ą 😉 ), jednak za tę samą cenę oferowały drastycznie inną jakość. Jedzenie w Pesquero było na prawdę wyśmienite i pewnie gdyby nie to, że zawędrowaliśmy tam ostatniego dnia zaraz przed wyjazdem na lotnisko, to przesiedzielibyśmy tam cały wieczór zamawiając praktycznie całe menu – pozycja po pozycji.

Kolejnym przykładem była pizza (jakby nie było – też kuchnia śródziemnomorska 😉 ). W przeciętnej restauracji w centrum, zwykła margarita (często wypiekana w standardowych piecach elektrycznych) kosztowała ok 10€. Piękna upatrzyła z kolei niedużą pizzerię Majorana (dosłownie 3 stoliki), z dala od centrum miasta, z dużym piecem opalanym drewnem, gdzie pracowało małżeństwo w średnim wieku. On wypiekał pizze, ona usługiwała klientom z zaangażowaniem wprawionej pani domu witającej gości na własnym progu. Za dwie (znakomite!!!) pizze + napoje zapłaciliśmy 16€. A do tego dostaliśmy darmowy deser za sam fakt, że powiedziałem, że to prawdopodobnie najlepsza pizza w Palmie.

Warto więc eksperymentować, choć czasem te eksperymenty mogą drogo kosztować. Wbrew pozorom po kilkudziesięciu minutach chodzenia po mieście, najpierw w poszukiwaniu ceramicznego dzbanka (długa historia 😉 ) a następnie w poszukiwaniu dobrej restauracji, człowiek ma po prostu ochotę usiąść w najbliższej z dobrze brzmiącym menu, co niestety czasem później uderza po kieszeni 😉

Podsumowanie

P1020549 (3)Z naszych wakacji na Majorce wróciliśmy wypoczęci i bardzo zadowoleni oraz mile zaskoczeni. Zwiedzanie wyspy Vespą było niesamowite i zdecydowanie była to dla mnie najlepsza atrakcja tego wypadu. Jeśli ktoś czuje się komfortowo na dwóch kółkach – polecam wynajęcie skutera 125cc zamiast samochodu. Zdecydowanie łatwiej i przyjemniej można poruszać się po całej wyspie. Jak dla mnie wycieczki skuterem są jednym z głównych powodów, dla których chętnie na Majorkę bym wrócił – szczególnie z większym gronem znajomych. Nauczeni doświadczeniami pewnie moglibyśmy cały wypad zorganizować nieco inaczej i taniej (szczególnie jeśli chodzi o sprawdzone restauracje 😉 ) oraz nieco efektywniej zaplanować niektóre wycieczki.

Kto wie – może wkrótce zabawimy tam jeszcze raz… ktoś chętny? 🙂

A filmik z Majorki tradycyjnie pojawi się nieco później w osobnym poście.

Edit: filmik już dostępny tutaj 😉

2 thoughts on “Majorka 2017

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s