Madera – Grudzień 2016

Obiecałem, że napiszę pare słów o naszym wypadzie na Maderę, no i w końcu się zmobilizowałem. Na Maderę polecieliśmy bardziej towarzysko niż podróżniczo, dlatego w skrócie można ten wyjazd opisać jako: wyprawy od knajpy do knajpy z podziwianiem  pięknych widoków po drodze. No i dodam, że przyjaciel, którego jechaliśmy odwiedzić, to nie Ryszard Petru, zaś żaden z opisywanych elementów wypadu nie był sponsorowany z budżetu jakiejkolwiek partii (trudno pisać coś o Maderze i nie wspomnieć o szlakach wędrownych naszych szanownych polityków 😉 ).

Nie mamy też zbyt wielu zdjęć ani filmów, dlatego kompilację wideo też zapewne poskładam nieco później, lub wykorzystam materiał z Madery do zrobienia podsumowania roku 2017. Wprawdzie wyjechaliśmy w grudniu, ale jednak zaliczamy ten wyjazd mentalnie do nowego roku 😉

Kiedy z Piękną po powrocie opowiedzieliśmy sobie cały wypad zdarzenie po zdarzeniu, umieraliśmy ze śmiechu. Pomimo tego, że w trakcie tych wydarzeń niekoniecznie było nam do śmiechu 😉 Całość powoduje jednak, że do Madery każde z nas podchodzi z własnym nastawieniem. Ale od początku.
Zacznijmy od tego, że musieliśmy nocować na lotnisku w Gatwick. Był to element wcześniej planowany – nie mieliśmy innych możliwości dojazdu. A chcieliśmy lecieć koniecznie tym lotem, bo znalazłem bilety w naprawdę okazyjnej cenie. Pierwotnie planowaliśmy odwiedzić Maderę w 2017 roku, w marcu lub może jesienią, jednak tanie bilety zmobilizowały nas do zebrania się w trybie last-minute i załatwienia dnia urlopu (lecieliśmy tylko na weekend). Do Funchal przylecieliśmy przed południem. Pomimo nieprzespanej nocy, trzymałem się na nogach dosyć solidnie, Piękna chyba też.

DSC08548.JPG

Jakie wrażenie sprawiła na nas sama Madera? Bardzo mieszane. Szczególnie jeśli chodzi o Piękną, której bardzo podobał się wyjazd, widoczki i spotkanie z naszym znajomym, jednak nie pali jej się do powrotu. Ja osobiście miałem nieco lepsze wrażenia o tej wyspie, jednak powodem może być poziom alkoholu, utrzymujący się praktycznie nonstop na poziomie 0.5 – 1 promila. Proszę mnie nie oskarżać o szowinizm – sugerowałem Pięknej wzbudzenie stanu nietrzeźwości, jednak ona wolała prowadzić samochód (w którymś poście wyjaśnię, jak znaleźć taką kobietę 😉 ). Osobiście, wróciłem nieco zawiedziony Portugalczykami. W samej wyspie widziałem bardzo duży potencjał – szczególnie do letnich, górskich wędrówek. Różnica temperatur pomiędzy szczytami w głębi wyspy a poziomem morza powoduje, że można wybrać pogodę wg swoich gustów. Jednak ta sama różnorodność geograficzna powoduje, że jakiekolwiek prognozy pogody przestają tutaj być aktualne po 15 minutach (jak to z resztą na wyspach często bywa).
Pogoda nam dopisała – choć ciężko powiedzieć, co to dokładnie znaczy. Jak na grudzień, było całkiem ciepło, szczególnie kiedy siedzieliśmy w słońcu – wręcz można było się nieco sparzyć. Jednak wystarczała odrobina cienia, lekki wiatr lub zmienienie wysokości na której piliśmy piwo, żeby pogoda zupełnie się zmieniła. Nie przeszkodziło nam to w naszych planach, tym bardziej, że na barową pogodę byliśmy przygotowani. Plan na barową pogodę brzmiał – BAR! Z resztą podobny plan obowiązywał również w kilku innych scenariuszach:

  • zjadłbym coś – znajdźmy bar
  • pojedźmy gdzieś – może jakiś bar, w innej części wyspy?
  • gdzie jest jakaś toaleta? – może w tym barze
  • hej patrzcie – bar
  • samochód do wynajęcia będzie za 45 minut – to co? bar?
  • katamaran odpływa z mariny o 10:00. To co – o 9:00 pod barem w marinie?
  • jak myślisz – na katamaranie jest bar?
  • katamaran wraca o 14:00. To co – 14:05 w barze?
Powyższy opis stanowi wycinek z 2 godzin naszego pobytu na wyspie ;P

I tak więc uczciwą część naszego wypadu spędziliśmy w knajpkach lub delektowaliśmy się lokalnymi (ale też importowanymi 😉 ) przysmakami, podziwiając zachody słońca, siedząc na falochronach. Okres przedświąteczny dodał wyspie nieco życia. Niestety nie było nam dane zobaczyć słynnych, noworocznych, sztucznych ogni, ale za to cały główny deptak tętnił życiem – były stoiska z lokalnymi produktami (najlepszymi okazały się pieczone kasztany i nalewka Poncha – polecamy eksperymenty z tym trunkiem!), była zabytkowa mini-wioska wypiekająca tradycyjne chleby, były występy folklorystyczne, światełka w parkach, słowem barwnie i kolorowo. Cała wyspa jest przyozdobiona lampkami na każdym kroku. Wzgórza dookoła Funchal dosłownie wyglądają jak przyozdobiona choinka – wieczorne widoki były na prawdę niezapomniane.

Niestety na tym festiwalowym nastroju dobre wspomnienia o lokalnej ludności się kończą. Poza właścicielem mieszkania naszego znajomego, nie udało nam się poznać zbyt wielu przyjaznych, miłych, uśmiechniętych Portugalczyków. Wręcz przeciwnie – odwiedzając lokalne restauracje czy rozmawiając z losowymi ludźmi, często dało się wyczuć nawet lekką niechęć do ludzi niemówiących po portugalsku. Zaś historie o nieudolnych kelnerach czy pracownikach gastronomii w ogóle, moglibyśmy opowiadać bez końca. Póki co było to pierwsze miejsca na świecie (no może jeszcze poza Polską 😉 ) gdzie szczery uśmiech nie wywoływał takiej samej reakcji u drugiej osoby. Wiem, że ocenianie całego narodu na podstawie wąskiego doświadczenia na jednej wysepce może być nieco krzywdzące dla Portugalczyków, jednak to negatywne pierwsze wrażenie było na tyle silne, że na pewno nie wrócimy w tamtą okolicę dla „lokalsów”.

Na Maderze zaliczyliśmy też szereg rozmaitych przygód. Wyprawa na oglądanie delfinów okazała się strzałem w dziesiątkę. Wprawdzie przewodnik na statku nie palił się specjalnie do rozkręcania zabawy ze wszystkimi pasażerami, jednak dla mnie to chyba lepiej. Atmosfera na naszym katamaranie była bardzo luźna, ludzi było niewielu, zaś delfiny dopisały.

 

Rejs trwał kilka godzin i pomimo tego, że był grudzień, było całkiem ciepło. Zastanawiałem się jakie ubrania zabrać, w końcu to ocean zimą, jednak po raz kolejny natura udowodniła mi, że to co nam się wydaje „na chłopski rozum” poprawne, niekoniecznie ma zastosowanie do pogody. Jak widać na zdjęciach, krótkie spodenki w zupełności wystarczyły 😉
Wybór katamarana zamiast wynajem jachtu (poza oczywiście ceną) miał również na celu uniknięcie choroby morskiej. I trzeba przyznać, że nawet Piękna była zaskoczona faktem, że choroba morska jej nie dopada. Jednak po dłuższym czasie i powrocie z siatek na „twardy pokład” Piękna dostała pierwszych objawów. Mnie po kilku godzinach załatwiły chipsy (jak się okazuje, słone jedzenie na łodzi mi nie służy), jednak też obyło się bez poważniejszych objawów. Dodatkowo pomogło przepłukanie organizmu dużą ilością płynów. Na oceanie nie było żadnej knajpki, jednak odkryliśmy ze znajomym, że na pokładzie serwują lokalne piwo 🙂 Po powrocie na ląd Piękna odchorowywała do końca dnia chorobę morską. W tym celu musieliśmy gdzieś usiąść i przemyśleć plany na dalszą część dnia – wybór padł na (niespodzianka!) bar w marinie 😉

Na podziwianie delfinów mieliśmy pierwotnie płynąć dzień wcześniej. Niestety pogoda w sobotę była nieco burzowa, więc wyjazd odwołano. Tak więc w sobotę, zamiast rejsu, postanowiliśmy wynająć samochód. Właściciel mieszkania, które wynajmuje nasz znajomy, świadczył również takie usługi. Po spisaniu odpowiednich dokumentów wybraliśmy się na przejażdżkę po wyspie. Trzeba tutaj dodać, że różnica wzniesień, stopień nachylenia dróg i ilość serpentyn potrafi czasem zmrozić krew w żyłach. Pomimo tego Piękna postanowiła zostać naszym kierowcą etatowym i poradziła sobie z tym zadaniem znakomicie.
Każdego kto nie jest miłośnikiem motoryzacji, nie ma dużego doświadczenia w jeżdżeniu itp przestrzegamy – Madery nie należy się obawiać, ale należy ją respektować. Jeśli nie wiesz jak jeździ się po górach i czym może skutkować ciągłe trzymanie nogi na hamulcu przy zjeżdżaniu z góry – lepiej wynajmij taksówkę lub skorzystaj z jednego z wielu publicznych środków transportu. I nie jest to sarkazm – sam bym się zastanowił czy następnym razem z takiego środka nie skorzystać. Nie chodzi tu bynajmniej o sposób prowadzenia samochodu przez Piękną – który to był nieskazitelny. Chodzi o praktyczność. Jeżdzenie po takich górach wymaga auta z w miarę mocnym silnikiem (inaczej ruszanie z ręcznego, przy nachyleniu 20 stopni, z drogi podporządkowanej, w pełni załadowanym autem może przyprawić o zawał). To wyklucza wynajem „najtańszej opcji”. Tym bardziej, że auto powinno nie tylko wyglądać, ale być sprawne! W naszym przypadku, po całym dniu jeżdzenia, na równym odcinku drogi (na szczęście!) wysiadło…. sprzęgło. Nagle. I nie – Piękna nie spaliła sprzęgła, straciło ono po prostu docisk. I zdarzyło się to w całkiem sprawnie wyglądającym Seacie Leon. Teraz niech każdy kierowca wyobrazi sobie, że zdarzyłoby się to na szczycie przy wspomnianym ruszaniu z ręcznego, lub przy zjeżdżaniu ciasną serpentyną bez końca.
Na szczęście nam przytrafiło się to na stosunkowo równym odcinku, biegnącym z górki. Byliśmy więc w stanie dotoczyć się do zjazdu z ronda i zaparkować bezpiecznie na poboczu (dzięki dynamicznej, natychmiastowej decyzji Pięknej). Nie ponieśliśmy z tytułu tej usterki żadnych kosztów. Przyznam, że do teraz jestem zdziwiony, że ktoś nie próbował nas naciągnąć na koszty naprawy i sztuczne, wymyślane usterki.

madeira_collage2

Jedynym echem tej historii był następny dzień. Siedzieliśmy w restauracji (czy też jakimś barze – nie pamiętam 😉 ), czekając na kolejnego nieogarniętego kelnera. W tym czasie wyciągając rzeczy z kieszeni dokonałem mojego rutynowego sprawdzenia „stanu bieżącego”. Czyli: czy w kieszeniach znajdują się telefony, czy w portfelu znajduje się gotówka, wszystkie dokumenty… Dzień wcześniej Piękna dała mi do przechowania swoje prawo jazdy (ona twierdzi, że również dowód osobisty 😉 ). Widząc jej prawko, zapytałem „Piękna, a gdzie ty masz dowód?”, co rozpoczęło całą lawinę wydarzeń. Poszukiwania w hotelu, walizkach, krótką kłótnię, próby zablokowania zgubionego dokumentu w banku (nieudane). Ostatecznie stwierdziliśmy, że tego wieczora już nic więcej zrobić nie możemy, dlatego poszliśmy na dach naszego hotelu, do hotelowego baru 😉

IMG_20161209_224724.jpg

Następnego dnia wybraliśmy się na komisariat, aby uzyskać zaświadczenie o zgłoszeniu zaginięcia dokumentu. Praktyczna informacja dla odwiedzających Portugalię – jeśli liczycie na załatwienie czegokolwiek po angielsku – bardzo się przeliczycie. Gdyby nie to, że przypadkiem zawsze znajdowała się w pobliżu osoba, która względnie potrafiła wypowiedzieć parę słów po angielsku, to nie wiem czy cokolwiek byśmy zdziałali. Ostatecznie w sprawie zaświadczenia poszliśmy na mały, lotniskowy posterunek, gdzie policjanci byli bardziej rozmowni. Na szczęście już po wylądowaniu otrzymaliśmy informację od naszego znajomego, że mechanik znalazł dowód w zepsutym samochodzie, który wynajmowaliśmy.

Mogę śmiało powiedzieć, że był to bardzo przyjemny, choć często intensywny weekend. Korci mnie aby polecieć na Maderę jeszcze raz, ale chyba bardziej skupiłbym się już na chodzeniu po górach, niż na wybrzeżu. Wybrałbym się zapewne jeszcze na jeden rejs w nadziei zobaczenia wielorybów. Z całego wyjazdu wróciliśmy jednak ogólnie zadowoleni. Przede wszystkim odwiedziliśmy przyjeciela, co  zdecydowanie stanowiło najbardziej wartościową atrakcję wypadu 😉

Poniżej krótka kompilacja wideo, poskładana baaardzo na szybko. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s