Madera – Grudzień 2016

Obiecałem, że napiszę pare słów o naszym wypadzie na Maderę, no i w końcu się zmobilizowałem. Na Maderę polecieliśmy bardziej towarzysko niż podróżniczo, dlatego w skrócie można ten wyjazd opisać jako: wyprawy od knajpy do knajpy z podziwianiem  pięknych widoków po drodze. No i dodam, że przyjaciel, którego jechaliśmy odwiedzić, to nie Ryszard Petru, zaś żaden z opisywanych elementów wypadu nie był sponsorowany z budżetu jakiejkolwiek partii (trudno pisać coś o Maderze i nie wspomnieć o szlakach wędrownych naszych szanownych polityków 😉 ).

Nie mamy też zbyt wielu zdjęć ani filmów, dlatego kompilację wideo też zapewne poskładam nieco później, lub wykorzystam materiał z Madery do zrobienia podsumowania roku 2017. Wprawdzie wyjechaliśmy w grudniu, ale jednak zaliczamy ten wyjazd mentalnie do nowego roku 😉

Kiedy z Piękną po powrocie opowiedzieliśmy sobie cały wypad zdarzenie po zdarzeniu, umieraliśmy ze śmiechu. Pomimo tego, że w trakcie tych wydarzeń niekoniecznie było nam do śmiechu 😉 Całość powoduje jednak, że do Madery każde z nas podchodzi z własnym nastawieniem. Ale od początku.
Zacznijmy od tego, że musieliśmy nocować na lotnisku w Gatwick. Był to element wcześniej planowany – nie mieliśmy innych możliwości dojazdu. A chcieliśmy lecieć koniecznie tym lotem, bo znalazłem bilety w naprawdę okazyjnej cenie. Pierwotnie planowaliśmy odwiedzić Maderę w 2017 roku, w marcu lub może jesienią, jednak tanie bilety zmobilizowały nas do zebrania się w trybie last-minute i załatwienia dnia urlopu (lecieliśmy tylko na weekend). Do Funchal przylecieliśmy przed południem. Pomimo nieprzespanej nocy, trzymałem się na nogach dosyć solidnie, Piękna chyba też.

DSC08548.JPG

Jakie wrażenie sprawiła na nas sama Madera? Bardzo mieszane. Szczególnie jeśli chodzi o Piękną, której bardzo podobał się wyjazd, widoczki i spotkanie z naszym znajomym, jednak nie pali jej się do powrotu. Ja osobiście miałem nieco lepsze wrażenia o tej wyspie, jednak powodem może być poziom alkoholu, utrzymujący się praktycznie nonstop na poziomie 0.5 – 1 promila. Proszę mnie nie oskarżać o szowinizm – sugerowałem Pięknej wzbudzenie stanu nietrzeźwości, jednak ona wolała prowadzić samochód (w którymś poście wyjaśnię, jak znaleźć taką kobietę 😉 ). Osobiście, wróciłem nieco zawiedziony Portugalczykami. W samej wyspie widziałem bardzo duży potencjał – szczególnie do letnich, górskich wędrówek. Różnica temperatur pomiędzy szczytami w głębi wyspy a poziomem morza powoduje, że można wybrać pogodę wg swoich gustów. Jednak ta sama różnorodność geograficzna powoduje, że jakiekolwiek prognozy pogody przestają tutaj być aktualne po 15 minutach (jak to z resztą na wyspach często bywa).
Pogoda nam dopisała – choć ciężko powiedzieć, co to dokładnie znaczy. Jak na grudzień, było całkiem ciepło, szczególnie kiedy siedzieliśmy w słońcu – wręcz można było się nieco sparzyć. Jednak wystarczała odrobina cienia, lekki wiatr lub zmienienie wysokości na której piliśmy piwo, żeby pogoda zupełnie się zmieniła. Nie przeszkodziło nam to w naszych planach, tym bardziej, że na barową pogodę byliśmy przygotowani. Plan na barową pogodę brzmiał – BAR! Z resztą podobny plan obowiązywał również w kilku innych scenariuszach:

  • zjadłbym coś – znajdźmy bar
  • pojedźmy gdzieś – może jakiś bar, w innej części wyspy?
  • gdzie jest jakaś toaleta? – może w tym barze
  • hej patrzcie – bar
  • samochód do wynajęcia będzie za 45 minut – to co? bar?
  • katamaran odpływa z mariny o 10:00. To co – o 9:00 pod barem w marinie?
  • jak myślisz – na katamaranie jest bar?
  • katamaran wraca o 14:00. To co – 14:05 w barze?
Powyższy opis stanowi wycinek z 2 godzin naszego pobytu na wyspie ;P

I tak więc uczciwą część naszego wypadu spędziliśmy w knajpkach lub delektowaliśmy się lokalnymi (ale też importowanymi 😉 ) przysmakami, podziwiając zachody słońca, siedząc na falochronach. Okres przedświąteczny dodał wyspie nieco życia. Niestety nie było nam dane zobaczyć słynnych, noworocznych, sztucznych ogni, ale za to cały główny deptak tętnił życiem – były stoiska z lokalnymi produktami (najlepszymi okazały się pieczone kasztany i nalewka Poncha – polecamy eksperymenty z tym trunkiem!), była zabytkowa mini-wioska wypiekająca tradycyjne chleby, były występy folklorystyczne, światełka w parkach, słowem barwnie i kolorowo. Cała wyspa jest przyozdobiona lampkami na każdym kroku. Wzgórza dookoła Funchal dosłownie wyglądają jak przyozdobiona choinka – wieczorne widoki były na prawdę niezapomniane.

Niestety na tym festiwalowym nastroju dobre wspomnienia o lokalnej ludności się kończą. Poza właścicielem mieszkania naszego znajomego, nie udało nam się poznać zbyt wielu przyjaznych, miłych, uśmiechniętych Portugalczyków. Wręcz przeciwnie – odwiedzając lokalne restauracje czy rozmawiając z losowymi ludźmi, często dało się wyczuć nawet lekką niechęć do ludzi niemówiących po portugalsku. Zaś historie o nieudolnych kelnerach czy pracownikach gastronomii w ogóle, moglibyśmy opowiadać bez końca. Póki co było to pierwsze miejsca na świecie (no może jeszcze poza Polską 😉 ) gdzie szczery uśmiech nie wywoływał takiej samej reakcji u drugiej osoby. Wiem, że ocenianie całego narodu na podstawie wąskiego doświadczenia na jednej wysepce może być nieco krzywdzące dla Portugalczyków, jednak to negatywne pierwsze wrażenie było na tyle silne, że na pewno nie wrócimy w tamtą okolicę dla „lokalsów”.

Na Maderze zaliczyliśmy też szereg rozmaitych przygód. Wyprawa na oglądanie delfinów okazała się strzałem w dziesiątkę. Wprawdzie przewodnik na statku nie palił się specjalnie do rozkręcania zabawy ze wszystkimi pasażerami, jednak dla mnie to chyba lepiej. Atmosfera na naszym katamaranie była bardzo luźna, ludzi było niewielu, zaś delfiny dopisały.

 

Rejs trwał kilka godzin i pomimo tego, że był grudzień, było całkiem ciepło. Zastanawiałem się jakie ubrania zabrać, w końcu to ocean zimą, jednak po raz kolejny natura udowodniła mi, że to co nam się wydaje „na chłopski rozum” poprawne, niekoniecznie ma zastosowanie do pogody. Jak widać na zdjęciach, krótkie spodenki w zupełności wystarczyły 😉
Wybór katamarana zamiast wynajem jachtu (poza oczywiście ceną) miał również na celu uniknięcie choroby morskiej. I trzeba przyznać, że nawet Piękna była zaskoczona faktem, że choroba morska jej nie dopada. Jednak po dłuższym czasie i powrocie z siatek na „twardy pokład” Piękna dostała pierwszych objawów. Mnie po kilku godzinach załatwiły chipsy (jak się okazuje, słone jedzenie na łodzi mi nie służy), jednak też obyło się bez poważniejszych objawów. Dodatkowo pomogło przepłukanie organizmu dużą ilością płynów. Na oceanie nie było żadnej knajpki, jednak odkryliśmy ze znajomym, że na pokładzie serwują lokalne piwo 🙂 Po powrocie na ląd Piękna odchorowywała do końca dnia chorobę morską. W tym celu musieliśmy gdzieś usiąść i przemyśleć plany na dalszą część dnia – wybór padł na (niespodzianka!) bar w marinie 😉

Na podziwianie delfinów mieliśmy pierwotnie płynąć dzień wcześniej. Niestety pogoda w sobotę była nieco burzowa, więc wyjazd odwołano. Tak więc w sobotę, zamiast rejsu, postanowiliśmy wynająć samochód. Właściciel mieszkania, które wynajmuje nasz znajomy, świadczył również takie usługi. Po spisaniu odpowiednich dokumentów wybraliśmy się na przejażdżkę po wyspie. Trzeba tutaj dodać, że różnica wzniesień, stopień nachylenia dróg i ilość serpentyn potrafi czasem zmrozić krew w żyłach. Pomimo tego Piękna postanowiła zostać naszym kierowcą etatowym i poradziła sobie z tym zadaniem znakomicie.
Każdego kto nie jest miłośnikiem motoryzacji, nie ma dużego doświadczenia w jeżdżeniu itp przestrzegamy – Madery nie należy się obawiać, ale należy ją respektować. Jeśli nie wiesz jak jeździ się po górach i czym może skutkować ciągłe trzymanie nogi na hamulcu przy zjeżdżaniu z góry – lepiej wynajmij taksówkę lub skorzystaj z jednego z wielu publicznych środków transportu. I nie jest to sarkazm – sam bym się zastanowił czy następnym razem z takiego środka nie skorzystać. Nie chodzi tu bynajmniej o sposób prowadzenia samochodu przez Piękną – który to był nieskazitelny. Chodzi o praktyczność. Jeżdżenie po takich górach wymaga auta z w miarę mocnym silnikiem (inaczej ruszanie z ręcznego, przy nachyleniu 20 stopni, z drogi podporządkowanej, w pełni załadowanym autem może przyprawić o zawał). To wyklucza wynajem „najtańszej opcji”. Tym bardziej, że auto powinno nie tylko wyglądać, ale być sprawne! W naszym przypadku, po całym dniu jeżdżenia, na równym odcinku drogi (na szczęście!) wysiadło…. sprzęgło. Nagle. I nie – Piękna nie spaliła sprzęgła, straciło ono po prostu docisk. I zdarzyło się to w całkiem sprawnie wyglądającym Seacie Leon. Teraz niech każdy kierowca wyobrazi sobie, że zdarzyłoby się to na szczycie przy wspomnianym ruszaniu z ręcznego, lub przy zjeżdżaniu ciasną serpentyną bez końca.
Na szczęście nam przytrafiło się to na stosunkowo równym odcinku, biegnącym z górki. Byliśmy więc w stanie dotoczyć się do zjazdu z ronda i zaparkować bezpiecznie na poboczu (dzięki dynamicznej, natychmiastowej decyzji Pięknej). Nie ponieśliśmy z tytułu tej usterki żadnych kosztów. Przyznam, że do teraz jestem zdziwiony, że ktoś nie próbował nas naciągnąć na koszty naprawy i sztuczne, wymyślane usterki.

madeira_collage2

Jedynym echem tej historii był następny dzień. Siedzieliśmy w restauracji (czy też jakimś barze – nie pamiętam 😉 ), czekając na kolejnego nieogarniętego kelnera. W tym czasie wyciągając rzeczy z kieszeni dokonałem mojego rutynowego sprawdzenia „stanu bieżącego”. Czyli: czy w kieszeniach znajdują się telefony, czy w portfelu znajduje się gotówka, wszystkie dokumenty… Dzień wcześniej Piękna dała mi do przechowania swoje prawo jazdy (ona twierdzi, że również dowód osobisty 😉 ). Widząc jej prawko, zapytałem „Piękna, a gdzie ty masz dowód?”, co rozpoczęło całą lawinę wydarzeń. Poszukiwania w hotelu, walizkach, krótką kłótnię, próby zablokowania zgubionego dokumentu w banku (nieudane). Ostatecznie stwierdziliśmy, że tego wieczora już nic więcej zrobić nie możemy, dlatego poszliśmy na dach naszego hotelu, do hotelowego baru 😉

IMG_20161209_224724.jpg

Następnego dnia wybraliśmy się na komisariat, aby uzyskać zaświadczenie o zgłoszeniu zaginięcia dokumentu. Praktyczna informacja dla odwiedzających Portugalię – jeśli liczycie na załatwienie czegokolwiek po angielsku – bardzo się przeliczycie. Gdyby nie to, że przypadkiem zawsze znajdowała się w pobliżu osoba, która względnie potrafiła wypowiedzieć parę słów po angielsku, to nie wiem czy cokolwiek byśmy zdziałali. Ostatecznie w sprawie zaświadczenia poszliśmy na mały, lotniskowy posterunek, gdzie policjanci byli bardziej rozmowni. Na szczęście już po wylądowaniu otrzymaliśmy informację od naszego znajomego, że mechanik znalazł dowód w zepsutym samochodzie, który wynajmowaliśmy.

Mogę śmiało powiedzieć, że był to bardzo przyjemny, choć często intensywny weekend. Korci mnie aby polecieć na Maderę jeszcze raz, ale chyba bardziej skupiłbym się już na chodzeniu po górach, niż na wybrzeżu. Wybrałbym się zapewne jeszcze na jeden rejs w nadziei zobaczenia wielorybów. Z całego wyjazdu wróciliśmy jednak ogólnie zadowoleni. Przede wszystkim odwiedziliśmy przyjaciela, co  zdecydowanie stanowiło najbardziej wartościową atrakcję wypadu 😉

Poniżej krótka kompilacja wideo, poskładana baaardzo na szybko. 

South West Coast Path – wycieczka do Bournemouth i na wybrzeże jurajskie

Bournemouth ma coś w sobie i ciężko określić co to jest. Pomimo swojej ruchliwości, czasem tłumu ludzi (szczególnie w sezonie, w okolicy wejścia na plaże) daje możliwość zrelaksowania się. Okolica jest bardzo zróżnicowana – warto odwiedzić samo miasto, jak również plaże i okoliczne ścieżki spacerowe. Plaże w Bournemouth są jasne i długie – nawet w sezonie można znaleźć kawałek odludnego miejsca dla siebie. Jeśli chodzi o tereny zielone, łącznie mamy do dyspozycji ponad 140 hektarów parków, rozmieszczonych w różnych częściach miasta, a w okolicy znajduje się wiele parków krajobrazowych. Pobliski szlak spacerowy South West Coast Path liczy sobie łącznie ok 1000 (słownie: tysiąc) km długości i jest usłany przepięknymi krajobrazami – jest więc co robić, a każdy znajdzie coś dla siebie. Ruszamy do Bournemouth!

Jeśli chodzi o najlepszy czas na wizytę, wygląda to tak samo jak w przypadku większości kurortów. Latem ciepło ale pełno ludzi, wiosna/jesien – świetny czas na odwiedziny (szczególnie wiosna), ale nawet zima się nada. O ile nie ma śniegu (który byłby pewnie atrakcją samą w sobie), a jesteś przygotowany na doświadczenie jednej z oczywistych atrakcji Anglii jaką są jej deszcze, to zima nie powinna być problemem. Na naszej ostatniej wycieczce (początek stycznia) pomimo chłodnego wiatru, utrzymywała się temperatura ok. 9*C i przez chmury prześwitywało słońce.

 DSC08816.jpg
Do Bournemouth z Polski można dostać się na kilka sposobów. Najbardziej uniwersalnym jest lot na jedno z londyńskich lotnisk i dojazd pociągiem. Tutaj trzeba jednak uważać, gdyż podróże pociągiem są w Wielkiej Brytanii CHOLERNIE drogie. Jeśli ktoś wie na co zwracać uwagę i jak szukać biletów na pociąg, może uda mu się ustrzelić bilety „po prostu drogie” lub „nie aż tak drogie”. Podróż w dwie strony z lotniska Heathrow lub Gatwick to koszt £60 – £100 za osobę. Innych lotnisk, jak Luton, nie warto nawet rozważać – położenie, odległości i koszty dojazdu są praktycznie nieopłacalne, jeśli chcemy wybrać się na środkowo-południowe wybrzeże. Londyn rozważałbym tylko i wyłącznie, jeśli stanowi on sam w sobie element wycieczki.
Drugim sposobem jest lot bezpośrednio do Bournemouth. Na chwilę pisania tego artykułu (styczeń 2017) chyba tylko Ryanair posiadał w swojej ofercie bilety Kraków – Bournemouth. Możliwe, że są jakieś połączenia z Warszawy – tego nie wiem. Cena biletu może być nieco wyższa nic np biletów do Luton, Stansted czy innych bardziej znanych, tanich lotnisk, jednak oszczędzamy czas (nawet kilka godzin!) jak również pieniądze na drogich dojazdach. Koszt biletu Kraków – Bournemouth – Kraków, dla jednej osoby, bez zniżek to ok 75 – 100 funtów.
 Bournemouth.png

Po przylocie do Bournemouth można złapać autobus do centrum (tzw Square). Koszt za bilet w dwie strony to ok 4 funty, jeśli dobrze pamiętam, więc nie tak sporo.

Ze Square możemy wybrać się w większość atrakcyjnych miejsc w Bournemouth. Zaraz przy głównej ulicy rozsiane są przystanki autobusowe, którymi możemy dostać się do Poole czy innych okolicznych miejscowości. Ceny biletów autobusowych są znośne i wahają się w okolicy 3 – 9 funtów za bilet w obie strony.
Na początek można wybrać się do centralnego parku. Czasem odbywają się tam ciekawe eventy sezonowe, koncerty. A nawet jeśli nic się nie dzieje, zawsze możemy położyć się na soczyście zielonej trawie i poczytać książkę przy strumyku, patrząc na unoszący się nad nami, olbrzymi balon widokowy. Park centralny przez większą część roku tętni życiem. W okolicy świąt można pojeździć na łyżwach czy napić się grzanego wina. Latem jest pełen ludzi – mieszanki wszystkich kultur i osobowości. W jednym momencie leżymy przy dźwiękach irlandzkiej muzyki, wygrywanej przez parkowego grajka na flecie irlandzkim, żeby za chwilę oglądać młodziaka, wyginającego się do muzyki z małego głośniczka na trawie, gdzie tańczyła obok grupa dziewczyn, wyzywając je na dance off. Wyglądało to dla mnie na początku tak surrealistycznie, jakbym był w jednym z tych filmów musicalowych, których chyba nigdy nie przyjdzie mi obejrzeć do końca bez ucinania drzemki 😉
DSC08064.jpg
W całym parku znajduje się mnóstwo bardzo przyjaznych wiewiórek (niektóre poznają regularnych bywalców), dlatego polecam zabrać woreczek orzeszków (najlepiej laskowych). Jeśli nie mamy – można pójść kawałek w dół głównej ulicy, gdzie znajdziemy Tesco 😉 Będąc już tutaj, możemy przejść się odchodzącymi na boki deptakami i zjeść coś w jednej z okolicznych restauracji. Na deser polecamy wybrać się do włoskiej lodziarni Giggi.
IMG_20160325_122231.jpg
Najedzeni możemy wybrać się na spacer, żeby spalić te kilka kalorii. Idąc ze Square na południe przez park, możemy w kilka minut być na plaży. Miłośnicy sportów wodnych znajdą na pewno coś dla siebie, tak samo jak miłośnicy plażowania. Pod względem pogody, przypomina to trochę plażowanie nad Bałtykiem. Zauważyłem jedynie, że ludzie tutaj są bardziej odporni na niską temperaturę wody (byliśmy świadkami wesołych kąpieli, nawet dzieci, w późnym październiku a nawet później).

Zaraz przy wejściu na plażę znajduje się molo. Wstęp jest płatny (nie pamiętam dokładnie ceny, ale raczej nie więcej niż 5 funtów). Z końca molo możemy zjechać na linie, nad wodą aż na plażę (płatne niestety dodatkowo).

South West Coast Path

DSC08791_Fotor.jpg

Jeśli już wystarczająco odpoczęliśmy, zaliczyliśmy wszystkie pobliskie atrakcje turystyczne, zjedliśmy fish&chips, czas nieco się zmęczyć w szczytnym celu. Jak już wspomniałem wcześniej, na całym południu Wielkiej Brytanii, rozciąga się ponad 1000 kilometrowy szlak spacerowy. I bynajmniej nie jest ona przeznaczona dla pokutujących pielgrzymów czy jako pomysł na wakacyjny prezent urodzinowy dla teściowej. Całą trasę można spokojnie podzielić na bardzo krótkie odcinki (nawet godzinne), nie rezygnując przy tym z odwiedzania najbardziej widowiskowych miejsc.

Ogólnie wędrowanie/kempingowanie jest w Wielkiej Brytanii dość popularne, dlatego możemy liczyć na całkiem dobrą infrastrukturę – pola kempingowe, b&b, hoteliki, agroturystykę (często na bardzo wysokim poziomie, z ciekawym jedzeniem własnej produkcji itp). Warto więc rozeznać się w całej ofercie okolicy, którą chcemy odwiedzić i wybrać coś dla siebie.

Niestety, rozbijanie namiotu „na dziko” jest w Anglii zabronione (wskazówka: w Szkocji już tak nie jest 😉 tam można rozbić namiot prawie wszędzie ). Koszty noclegu typu B&B (mały pensjonacik, czasem pokój w czyims domu, zazwyczaj ze śniadaniem) to ok 30-50 GBP. Ceny pól namiotowych również nie są zaporowe. Za miejsce na rozbicie namiotu (bez samochodu czy kampera) zapłacimy w przedziale 5 – 10 funtów.

Można też wybrać się na krótszą wycieczkę (np jednodniową) i wrócić z powrotem do bazy wypadowej na kempingu lub w mieście. My wybraliśmy się na niedługi spacer (nieco ponad 7 km) ze stosunkowo niewielką różnicą wzniesień. Cały odcinek jest bardzo malowniczy, a o tej porze dodatkowo bardzo spokojny. Z racji tego, że nie nocowaliśmy w Bournemouth ani okolicy, a ja chciałem móc spokojnie pobawić się aparatem, postanowiliśmy nieco skrócić pierwotną trasę. Planowałem jeszcze odwiedzenie latarni w Swanage i paru innych miejsc w tamtej okolicy, jednak dzień byłby za krótki i zwyczajnie nie starczyłoby nam czasu na wszystko.
Trasa nie wymaga specjalnego sprzętu, jednak warto nieco się do niej przygotować. Absolutne minimum to wygodne buty trekkingowe. Jeśli trafimy na deszczową pogodę, to szlaki mogą być wilgotne lub pokryte błotem. Wiem co mówię – my wybraliśmy się w bardzo nie-terenowych trampkach. W niektórych momentach uprawialiśmy przez to jazdę figurową na błocie, lub akrobacyjne skoki z jednego skrawka trawy na drugi. Oczywiście nawet w dobrą pogodę obowiązkowym wyposażeniem jest coś przeciwdeszczowego / wiatrowego.

imgpsh_fullsize (3).jpgZależnie od tego ile mamy czasu oraz ile chcemy go przeznaczyć na postoje fotograficzne czy krótkie przerwy na delektowanie się krajobrazem, możemy wybrać wariant dłuższy, lub krótszy. Osobiście polecam ten drugi – na długości całej trasy znaleźliśmy wiele schowanych, niepozornych miejsc. Jeśli widzimy gdzieś maleńką ścieżynkę wijącą się w głąb krzaków – warto tam zajrzeć. Bardzo często na jej końcu kryją się odludne zagajniczki, poletka w sam raz na piknik, czy miejsca widokowe. W wielu z nich zazwyczaj znajduje się ławeczka na której można usiąść i na chwilę zapomnieć o świecie, patrząc się w siną dal. Tutaj uwaga – szczególnie dla właścicieli czworonogów. Wchodząc gdziekolwiek należy zachować szczególną ostrożność, a w czasie spaceru psa prowadzić na smyczy. Poza kilkoma znakami ostrzegawczymi, klify nie posiadają żadnych zabezpieczeń. Zdarzają się również osunięcia skał. Dlatego jeśli nie mamy pewności czy dane miejsce jest bezpieczne, lepiej trzymać się wytyczonego szlaku.

DSC08770_Fotor.jpg

Krótszy wariant trasy prowadzi ze Studland do Swanage, wzdłuż klifowego wybrzeża, przez słynne Old Harry Rocks. Dłuższa wersja to wysiadka z autobusu zaraz po zejściu z promu i kilkukilometrowy spacer do Studland wzdłuż plaży. Jeśli planujemy wędrowanie na dłuższą metę, możemy ze Swanage zrobić sobie docelową bazę wypadową. Znajduje się w dosyć dogodnej lokalizacji, z której łatwo dotrzeć w wiele ciekawych miejsc. Ale od początku.

Studland znajduje się na półwyspie, na terenie rezerwatu Studland and Godlingston Heath National Nature Reserve. Najłatwiej dostać się tam autobusem linii Breezer 50, odjeżdzającym średnio co godzinę z centralnego przystanku na Bournemouth Square. W cenie biletu wliczona jest oczywiście przeprawa promowa na półwysep. Osoby zieleniejące już w panice przed chorobą morską mogą uspokoić jelita – przeprawa trwa parę minut i nie da się jej odczuć 😉 Jeśli chcemy wracać tego samego dnia autobusem do Bournemouth, proponuję kupić bilet powrotny do Swanage – taka opcja jest najkorzystniejsza cenowo.

DSC08766 (2).jpg

Wysiadamy na przystanku w Swanage, w okolicy wejścia na szlak. Autobusy zatrzymują się na żądanie, dlatego jeśli nie wiemy gdzie wysiąść, warto poprosić kierowcę o zatrzymanie autobusu w wybranym miejscu. 

I tak na prawdę na tym można by było zakończyć cały opis trasy i najlepiej by to oddało klimat naszego wypadu – cisza, spokój i piękne widoki, które robią tak samo spektakularne wrażenie w pełnym słońcu jak i w pochmurny, deszczowy dzień.

Po wyjściu w Studland udaliśmy się na południe. Po paru minutach spaceru po asfalcie, mijając stare, angielskie, wiejskie domki i dworki, byliśmy już w otoczeniu łąk i drzew. Pierwsze co uderza oczy to soczysta zieleń a uszy inny rodzaj ciszy. Widać zabudowę, ale nie słychać samochodów. Widać morze ale nawet nie słychać zbyt wielu mew, widać wybrzeże, ale nie słychać fal (bo znajdują się w dole klifu). Nigdy nie pomyślałbym, że można zostać kolekcjonerem różnych rodzajów ciszy 😉 Należy mieć na uwadze, że my byliśmy tam na początku stycznia – więc bardzo daleko od wysokiego sezonu.

DSC08762 (2).jpgSpacerowanie szlakiem to czysta przyjemność – jest czysty, zadbany, w miejscach gdzie ścieżka może się zmienić w błoto ustawione są prowizoryczne stopnie schodów. My trzymaliśmy się utartego traktu, który poprowadził nas nad słynne Old Harry Rocks, skąd udaliśmy się w kierunku Swanage. W wielu miejscach można odbić nieco od głównej trasy, trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że idąc „na przełaj” możemy natrafić na ogrodzone tereny prywatne. Na niektóre można wejść mimo wszystko – warto się jednak upewnić czy nie naruszamy czyjejś własności.

Szlak polecam gorąco miłośnikom fotografii. Niecodzienny krajobraz daje pole do zabawy perspektywą, zaś zmienna, angielska pogoda potrafi stworzyć niepowtarzalne warunki świetlne. A to wszystko na krótkim, 8 kilometrowym odcinku tego 1000 kilometrowego szlaku.

Trasa pod względem poziomu trudności jest bardzo łatwa. Nadaje się praktycznie dla każdego niezależnie od wieku czy kondycji.

DSC08817 (2).jpg

Osobiście po tej jednej wycieczce tak spodobało mi się jurajskie wybrzeże, że zdecydowanie planuję wracać tam regularnie i odkrywać nowe zakątki. Obecnie jestem na etapie zbierania/modernizacji sprzętu, który pozwoli mi komfortowo podróżować kilka dni. W okolicy bez problemu powinniśmy być w stanie znaleźć pola kempingowe, więc wędrówki z namiotem nie powinny stanowić problemu. Każdy odcinek South West Coast Path ma do zaoferowania coś nieco innego, co mam nadzieję pokazać przy okazji kolejnych wycieczek na południe Anglii. Jeśli ktoś szuka ciekawej odskoczni na piesze wędrówki – nie powinien być zawiedziony.

 

DSC08803 (2).jpg

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑