Aruba okazała się świetnym początkiem naszych wakacyjnych podróży. Postanowiliśmy się wybrać tam na długo przekładane, pierwsze typowe wakacje. Już na samym początku zaznaczę, że Aruba wywarła na nas tak pozytywne wrażenie, że możemy momentami tracić obiektywizm 🙂 Pomimo tego, że o wyspach karaibskich (w tym o Arubie) słyszeliśmy oczywiście wcześniej, to jednak wyjazd tam był poniekąd przypadkowy. Artykuł o niej znaleźliśmy w jakiejś gazecie z biura podróży. Po szybkim zapoznaniu się z informacjami o wyspie stwierdziliśmy, że chyba o taki kierunek nam chodzi. Nie pomyliliśmy się. 😉

img_06261

O samej Arubie napiszę w skrócie, bo ogólne informacje są i tak łatwo dostępne (jeśli szukasz podstawowych informacji o Arubie, co warto wiedzieć itp – polecam innego posta na tym blogu).
Aruba to wyspa należąca formalnie do Królestwa Niderlandów. Wcześniej przechodziła z rąk do rąk z racji zasobów złota oraz jako zaplecze niewolników. Wszystko to powodowało mieszanie się wpływów rozmaitych kultur, co najlepiej chyba widać w lokalnym języku – papiamento. Sezon trwa tutaj cały rok, temperatury praktycznie nigdy nie wykraczają poza zakres 28 – 31 stopni Celsjusza. Słońce wprawdzie praży, bo znajdujemy się 12 stopni od równika, ale wiatr wieje cały czas – raz mocniej, raz słabiej. Dzięki niemu wysoka temperatura absolutnie nie męczy, a przyjemna bryza pozwala spędzać na plaży cały dzień.

IMG_0630(1).jpg

Wyprawa na Arubę nie miała być typową podróżą, ale jak wspomniałem – wypadem wakacyjnym. Nie spodziewaliśmy się zobaczyć zbyt wiele, chcieliśmy po prostu odpocząć w odległej, wyluzowanej, tropikalnej lokalizacji. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu zastaliśmy dużo więcej – ale o tym w dalszej części.
Jako termin wybraliśmy teoretyczny środek pory deszczowej, czyli przełom października i listopada. Na 2 tygodnie pobytu deszcz padał raz. W drugim tygodniu bywało pochmurno, jednak dalej pogoda dopisywała. Z resztą po czasie poniekąd czekaliśmy na pochmurne dni, bo umożliwiały spacerowanie bez smarowania się po raz piąty kremem 😉

img_07911

Ogólnie rzecz ujmując – ani pogodą, ani czymkolwiek innym nie trzeba się na tej wyspie przejmować. Mieszkańcy mówią o niej One Happy Island, ale to właśnie dzięki nim i ich nastawieniu do życia ten region świata jest szczególny. W trakcie pobytu na wyspie ani razu nie spojrzałem na zegarek (dosłownie!) a komórka leżała gdzieś zapomniana i rozładowana na dnie hotelowego sejfu. Ludzie, których mieliśmy okazję spotkać nie przejmowali się po której stronie w samochodzie znajduje się kierownica (choć jeździ się tutaj po prawej stronie, to kierownice można spotkać po obu), do swojej pracy podchodzili na luzie i z niewymuszonym uśmiechem. Ci, którzy mieli coś do sprzedania (głównie przejażdżki rozmaitym sprzętem pływającym) nie byli nachalni, przedstawiali się, mówili co mają i gdzie ich można znaleźć, bez wciskania wszystkiego co mieli w swojej ofercie „na już”. Czas też wydawał się płynąć nieco inaczej. Jak to wytłumaczył nam Shaun, nasz przewodnik, 15 karaibskich minut to mniej więcej 30-45 minut europejskich.

IMG_0737.jpg

Pojęcie czasu na Arubie jest bardzo względne. Tak wygląda większość rozkładów autobusów na przystankach. Trzeba przyznać, że kierowcy trzymali się harmonogramu wzorowo.
 
W pierwsze dni pobytu skupiliśmy się na odsypianiu jetlagu i nadrabianiu lat braków w wakacjach. Trzeba przyznać, że robienie absolutnie niczego mamy chyba z Piękną we krwi. Momentami obawiałem się, że mój talent do nicnierobienia może zaalarmować jakiegoś zatroskanego plażowicza, który pomyśli, że nie oddycham. Nie ma co ukrywać – w takich miejscach dużo łatwiej odpłynąć, zapomnieć o wszystkim i nie mieć wyrzutów sumienia.
IMG_0404.jpg
Jednak poza pełnoetatowym lenistwem mieliśmy zaplanowane skorzystanie z paru innych atrakcji i zobaczenie co okolica ma jeszcze do zaoferowania. Najbardziej interesują nas lokalna natura i krajobrazy, tak więc skorzystaliśmy z kilku wycieczek po wyspie.
Tutaj rada – wybierając się w takie miejsca, starajcie się zabookować atrakcje wcześniej, najlepiej (paradoksalnie) przez brokerów, jak biura podróży lub w ostateczności nawet hotel. Kupując na stronie lub w biurze operatora wycieczki zazwyczaj przepłacamy. Na naszą pierwszą atrakcję – wyprawę łodzią podwodną – mieliśmy przygotowane vouchery (kupione jeszcze w UK), które od razu, bez problemu zostały wymienione na bilety. Na całości zaoszczędziliśmy naprawdę sporą kwotę.

IMG_0439.jpg
Łódź podwodna czekała na nas w okolicy prywatnej wyspy Renaissance Island. To właśnie na niej znajdują się słynne ze zdjęć flamingi. Niestety wstęp na wyspę jest darmowy jedynie dla gości Renaissance Hotel, dla pozostałych jest to koszt $100 od osoby. Sama wyspa sprawiała wrażenie przyjemnej, jednak raczej nie jest warta dodatkowych pieniędzy.

Do zacumowanej łodzi podwodnej zabrała nas motorówka z przewodnikiem, który energicznie rozbawiał towarzystwo, mówiąc do wszystkich na przemian, biegle, po hiszpańsku i angielsku. Trzeba tutaj dodać, że wielu Arubijczyków mówi płynnie w przynajmniej 4 językach: holendersku i papiamento, które są językami urzędowymi, oraz angielskim i hiszpańskim, które na wyspie są wszechobecne i równie popularne.
Drobna, w sumie oczywista, rada dla wybierających się na taką wycieczkę – usiądźcie na tyle motorówki, która dowozi was na miejsce, tak by być blisko wyjścia. Dzięki temu można wejść na sam przód łodzi. Każdy ma przed sobą własny bulaj (okno 😉 ) jednak szyba kapitana jest zdecydowanie największym oknem na statku. Łódź nurkuje na głębokość 40 metrów (gdzie dotyka dna) po drodze mijając wraki statków, rafy koralowe, ławice ryb, skrzydlice, mureny i inne okazy.

Po powrocie na ląd postanowiliśmy pospacerować ulicami Oranjestadu. Zwiedzanie miast nie jest naszym ulubionym zajęciem. Kawałeczek który odwiedziliśmy był na prawdę urokliwy. Przy głównej drodze można było znaleźć hotele, kasyna, restauracje, jak również markowe sklepy. Architektura była zdecydowanie najciekawszą częścią – charakterystyczne kolorowe budynki rozsiane były w wielu miejscach nadając charakterystycznego, wyspiarskiego klimatu. Czekaliśmy chwilę w pobliżu portu na słynny tramwaj, jednak jakoś się nie pojawiał. Zakupiliśmy na pobliskim stoisku kokosa (w sumie to wodę kokosową ze świeżego kokosa) i stwierdziliśmy, że wracamy do naszego plażowego raju – na Palm Beach.

IMG_0564 (2).jpg

Ulubionym zajęciem Pięknej (i ulubioną atrakcją w ogóle) okazało się karmienie iguan. Niedaleko naszego hotelu znajdowało się parę drzew Divi Divi, na których rozmaite jaszczurki i legwany miały swoje siedliska. Były to dzikie zwierzaki, jednak z czasem przyzwyczajały się na tyle, że podchodziły bardzo blisko i wręcz właziły po ubraniach po kawałek sałaty.

Gadzinki przyzwyczajały się bardzo szybko do określonych pór karmienia. W określonym czasie wychodziły na trawniki wokół hotelu, schodziły (czy wręcz zeskakiwały) z żywopłotów lub drzew. Zajadały się rozmaitymi owocami, jednak nic nie biło sałaty. Dosyć szybko zaczęliśmy też zauważać pewne powtarzające się zachowania czy hierarchię. Im lepiej rozumieliśmy jaszczurki, tym mniej się nas obawiały i na tym więcej sobie pozwalały.
Natura na Arubie to nie tylko jaszczurki. Nie udało nam się zauważyć niestety słynnych żółwi, jednak mieliśmy okazję podziwiać polujące pelikany. Nadleciały akurat w trakcie kiedy pływaliśmy kajakami wzdłuż wybrzeża i zaczęły nurkować – czasem 2-3 metry od nas.

ar.png

Jeśli chodzi o życie pod wodą – jest go mnóstwo. Jest wiele małych raf koralowych, oczywiście nie są tak spektakularnie kolorowe, jak te z najbardziej znanych miejsc do nurkowania, jednak bogactwo ryb jest równie imponujące. Aruba dysponuje kilkoma rafami, na których można uprawiać snorkling (nurkowanie bez aparatury), do większości można dopłynąć wpław z plaży. Mogliśmy zobaczyć kostery rogate, stadka okazałych angelfish w różnych odmianach, czy ławice wielokolorowych rybek. Widoczność była bardzo dobra, choć morze momentami podnosiło piasek z podłoża, co utrudniało nakręcenie ładnych ujęć pod wodą.

Odwiedziliśmy też kilka plaż znajdujących się w odległości spacerowej od Palm Beach. Każda jest nieco inna, ale jednak większość czasu spędzaliśmy u siebie. Spodobało nam się na Arashi (z wielu powodów 😉 ). Odludna, cicha, w cieniu latarni morskiej.
Przy okazji każdego takiego spaceru można było poczuć karaibski klimat wyspy – poleżeć w rozstawionych gdzieniegdzie hamakach, plażowych „chatkach”. W niektórych wypadkach wystarczyło się rozejrzeć żeby zobaczyć uśmiechniętą twarz tubylca, siedzącego pod plażowym barem, zapraszającego żeby zapalić z nim papierosa ( 😉 ) i wypić piwko.

Aruba to wyspa kontrastów. Lazurowe wybrzeże z białymi plażami kontrastuje z głębią lądu, przypominającej bardziej krajobraz marsjańskiej pustyni, pokrytej kaktusowym lasem. Żeby zobaczyć ten widok na własne oczy, postanowiliśmy się wybrać na wycieczkę UTV – małymi, terenowymi samochodami 4×4, nieco przypominające krzyżówkę quada z terenowym melexem. Okazało się, że byliśmy jedynymi, którzy zarezerwowali wycieczkę w tej firmie na dany dzień. Nasz przewodnik – młody chłopak imieniem Shaun – przyjechał po nas do hotelu i zawiózł nas na miejsce gdzie przesiedliśmy się do naszych UTV i ruszyliśmy w głąb wyspy w kierunku parku Arikok. Po drodze odwiedziliśmy obowiązkowe punkty turystyczne, ale przede wszystkim cieszyliśmy się widokami i offroadową wolnością.

Kilka zdjęć wykonanych w trakcie wycieczki po parku Arikok

SONY DSC
Olbrzymie kaktusy i najlepsza na świecie pina colada pod kaplicą Alto Vista
Panorama spod kaplicy Alto Vista
Naturalne mosty to jeden z charakterystycznych elementów parku krajobrazowego
Po tej stronie wyspy znajdują się najcichsze, najbardziej odludne plaże
Widok ze wzgórza w okolicach Natural Pool – naturalnego „basenu” utworzonego ze skał.
Natural Pool wykorzystywany był niegdyś przez poławiaczy żółwi jako naturalna spiżarnia.
DCIM100MEDIA
Wycieczka w 2 samochody miała tę zaletę, że sami decydowaliśmy o harmonogramie, przerwach, czasie postojów itp. Inne wycieczki (które płaciły tyle samo) poruszały się w kolumnie nawet 10 pojazdów.
SONY DSC
Rock Wish Garden – każda wieżyczka ułożona z kamieni to spełnione życzenie. Oszacowaliśmy z piękną, że zapewne 95% z nich to „chciałbym tu jeszcze wrócić”.
Długo by można jeszcze pisać o Arubie, o widokach, atmosferze na plaży (nasza część i nasz hotel były najbardziej imprezowe 😉 ), a przede wszystkim o ludziach. Już teraz planujemy swój powrót na Arubę – tym razem już nie w charakterze resortowych wakacji. Kto wie, może zabawimy tam nawet na dłużej. Mamy parę pomysłów na stosunkowo tańszą wyprawę.
Ten wypad najlepiej podsumuje jedno zdjęcie:

d4dd6-img_0681

3 thoughts on “Aruba 2016

  1. Łódź podwodna…superrr 🙂
    Zachwycająco malowniczy zakątek gdzie uaktywniają się wrodzone talenty ;)))
    Miejsca w których czas płynie wolniej mnie przyciągają niczym magnez 🙂
    Arrrubaaa !!! Ole !!!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s